W napadzie radości rwała wiotkie byliny, mietlice, drżączki, powójki i rozrzucała je naokoło. Potem stanęła, zakrzyczała swą piosenkę jeszcze głośniej i znów zatańczyła. Zdyszała się, stanęła, znów zatańczyła i znów zaśpiewała, jeszcze głośniej i jeszcze, jeszcze prędzej. Potem nastało milczenie i w polu odzywał się tylko jeden ptak cienkim głosem oraz pasikoniki.

Trzeba było jednakże wracać. Marynka rozejrzała się pilnie i cichaczem ruszyła w stronę dworu. Dotarła pomału do kuchni, gdzie kucharka zaczęła ją straszyć.

— O, dostaniesz ty hałas o to, żeś nie przyszła, dostaniesz. Julka musiała obiad za ciebie wydać i ze stołu pozbierać. Bez coś tak zrobiła61? Mosz ty rozum?

— A tak. Bez nic. Niech majom — odparła krnąbrnie i zabrała się od razu do pomywania. Czekała, że ją zawołają i zacznie się, jak mają w zwyczaju, powtarzanie jednego i tego samego dokoła Wosiu62 po sto razy. Nie wołali jednak — zebrała tedy pozmywane rzeczy i poniosła odważnie do stołowego pokoju. Nie było nikogo. W otwartych drzwiach werandy wróbel ćwierkał przenikliwie. Na stole stały niedojedzone wiśnie. Wzięła sobie z garstkę i przez werandę wróciła do ogrodu, na przedpołudniowe miejsce. Tam pieląc ze skrzętną niewinnością warzywne grządki, śpiewała nie nazbyt głośno:

Kozali mnie kury paść,

a jo na nie ciu-u-u.

Gdy nastał zmrok, a bandosy tymże porządkiem co zawsze przyszli do swego stołu pod bzami, Marynka zwinęła się z mlekiem i uwiesiwszy się między konarami bzu, dobrze w zieleń zaszyta, wołała do jednego z nich:

— Ty czorny gnojku! Nie ostawiła ci ta bestra63 kokoszka na łbie jakiej pamiątki? Poiskaj64 się, może co najdziesz!

Uczynili, jakby nie były powiedziane do nich żadne słowa. Rozczarowana wróciła do dworu i gdy zaczęła sobie słać łóżko, usłyszała, że ktoś wszedł do kuchni.

— Kto tam? — spytała kucharka, przerywając różaniec.