Bandosy siedzieli przy stole w koszulach szarych od potu i otwartych na ciemno spalonej piersi.

I otóż stało się, że kury poprzerażane do nieprzytomności i osaczone przez psy wzleciały na stół. Maślanka chlusnęła, wystraszone ptaszyska rozpryskały jej białe krople, ławy się przewróciły, jedna misa zleciała. Tylko psy uspokoiły się znacznie i zżerały prędko powylewane jedzenie śród powszechnego rwetesu.

Szalejąc z radości Marynka ujrzała z krzaków, jak pstra kokoszka prysnęła maślanką w lica Słupecczaka57 i jak skoczyła mu na czarny łeb.

Bandosi krzykliwie ruszyli w stronę dworu, gdyż stamtąd pokojowymi psami poszczuto na nich kury.

— Nie — nie na nich poszczuła je Marynka. Samo się tak zrobiło na jej pociechę. Prędko się stało to, czego pragnęła. Stać tu teraz nie głupia58 i czekać, aż ją zobaczą i złoją59.

Zaroślami, które ją w porę skryły, pobiegła nie na obiad, tylko gdziekolwiek, przed siebie. Najpierw uderzała się ze śmiechem o drzewa parku, strącając tu i ówdzie, niechcący, znamię upału, przedwczesny żółty liść. Potem skoczyła dalej za rów, za podwórze, między stodoły, na puste w tej porze pole. Tam na kwiecistym rowie zatupała i głaskana po kolanach przez przytulie zakrzyczała na spiece60, tańcząc po dzikim zielu:

Uoi zagrej mi, groczyku, a nie żałuj smyczka —

uoi dadzom ci matula, da, jak przedadzom byczka —

uonydany, uonydana, nanynanynana

uonynyna nanydana uony dada da a-a-a.