Po południu miała być w ogrodzie i obcinać z pędów truskawki. Nie było jednak słychać, aby śpiewała.
Niezadowolona z siebie i wiedziona osobliwą ciekawością, pani wyruszyła, żeby zobaczyć, co się tam dzieje.
Szła ostrożnie słoneczną stroną przez warzywa i kwiaty. Marynki nie było ani przy jednych truskawkach, ani przy drugich. Wobec tego pani zanurzyła się w stary ogród, bardziej zacieniony i chłodny. Nie rosły tam kwiaty ani ogrodowizny97. Jedne drzewa rozpościerały swoje gałęzie po trawnikach, inne były olbrzymie jak drzewa w puszczy i roniły swój drobny owoc z niedosiężonej wysokości.
Naprzeciwko cukrówki98, pod którą leżały porozstrzaskiwane gruszki lepkie od soku, w cieniu zdziczałych malin spała Marynka — ogromna i wspaniała — z wyrazem słodyczy na różowym obliczu. Naokoło były porozrzucane ogryzki cukrówek.
W skwarnej ciszy dawał się słyszeć z drugiej alei szewiecki młoteczek sadowego, a młody chłopak sadowych krążył podejrzliwie w pobliżu. Niekiedy mówił do swego psa: — Na tu, na... — co słychać było cienko i blado w piekących blaskach gorąca.
Pani na razie stała w milczeniu, zaskoczona pięknością śpiącej dziewczyny. Była to piękność niesforna, jasnowłosa i mimo woli potężna.
Lecz co ma być w gospodarstwie zrobione — zrobione być musi — i Marynkę trzeba było przebudzić.
Szarpnięta i zawołana zerwała się od razu przytomnie i rześko jak dziecko.
— Usnęłam zdziebko? — zapytała nieśmiało.
— Nie zdziebko, tylko już czwarta. Co ty sobie myślisz w ogóle?