Dziewczyna wstała w milczeniu i poszła do truskawek.
— Zbałamuciłaś się... Zbałamuciłaś się — mówiła pani, towarzysząc jej aż do miejsca pracy.
— Żebyś mi dziś przynajmniej była na czas u doju — dodała na zakończenie długich przemówień.
Marynka nie była jednak na czas. Kiedy o siódmej wieczorem dzwonili, błądziła właśnie między stawami na drodze, po której taczały się wozy ze swym olbrzymim jak dom złoty ciężarem. Zaprzęgano nie czwórkami, tylko po parę koni i wszyscy, kto żywy, wozili zboże, gdyż miało się na burzę.
Marynka czyhała śród słomy, zwieszającej się z przydrożnych lip, od których wiało skwarem. Gdy Słupecki nadjeżdżał, biegła za nim wyciągając z woza kłoski, i jadła ziarnka, które on zwoził. Na tej zabawie zobaczył ją rządca, zezwał, wygnał do doju i naskarżył we dworze.
— Robi się niemożliwa, rzeczywiście niemożliwa — rzekła pani — ale cóż ona winna, zakochała się jak nieprzytomna, trzeba z nią po dobroci.
I nazajutrz przy maśle zaczęła z nią w tym duchu rozmowę.
— Czy ty wiesz, głupia dziewczyno, co ciebie czeka? — mówiła.
Lecz Marynka nie chciała przyjąć żadnych ostrzeżeń dla swego dobra. Gorszyło ją za bardzo mówić o swym kochaniu z kimś ze dworu. Pani napomykała wyraźnie o tej rzeczy, a Marynka, przejęta za nią wstydem, powtarzała tylko uparcie, aby przerwać:
— Jo ta nikumu nie wadze99.