Zobaczyła jasno, że gdy ich samych zostawi, pójdą na dziady. Trzeba ich przy sobie mieć i opiekę nad nimi rozciągnąć. Tedy zmieniła swe chęci i kiedy zmierzchało, ruszyła mężnie do pana. Komornicą117 była tylko, co prawda, lecz wdową po fornalu, co służył tu lat piętnaście — i nigdy o nic nie prosiła.
Na pana trzeba było chwileczkę pod oknem czekać. Otwarty lufcik skrzypiał w tchnieniach wieczoru. Skrzypiał tak długo, aż serce upadło w starej matce i zapomniała, co sobie po drodze wymyśliła, że powie, aby młodych bronić. Przestraszyła się bardzo, gdy pan wszedł do pokoju i z daleka od biurka zapytał w stronę okna:
— Co tam?
Zaczęła przedstawiać sprawę:
— Nie o mnie chodzi, ale o te dzieci, żeby nie zmarniały — powtarzała i mówiła co chwilę: — Co jo to chciałam powiedzieć?
— No tak. No co? No więc? Jakie dzieci? No więc? — przerywał ciągle pan.
Zbita z tropu tymi słówkami, tłumaczyła się z trudem. Nie prosi o to, by Marynkę przyjąć z powrotem do dworu, lecz niech jej włódarze dadzą chodzić w pole, gdyż inaczej by nie wyżyły. I o Słupeckiego śmie prosić, żeby go pan nie wyrzucał, żeby go nawet na dobre zgodził118, to może tę Marynkę pojmie. Dodała płacząc: — I tak już jest na wstyd podana i dziecko mieć z nim będzie.
Pan podniósł krzyk. O niczym nie chciał słyszeć.
— O to mi nie chodzi, z kim kto śpi, tylko żeby robota była zrobiona. Czy oni przestali rozumieć, co to są żniwa? Co to jest, jak deszcz wisi? Że każde ręce, co zbędą, każdy dzień, co go kto zbałamuci, to jakby kto chleba ukradł.
— Co ukrad?! — krzyknęła zmylona, gdyż przez płacz mało słyszała. — Nic nie ukradli! Ale żeby nie wiem co wzieni, żeby sie jedno z drugiem nożami pożgali, toby nie taki był hałas. O to ludzie mniej pomstujom, jak sie kto nienawidzi, ino tego ścierpieć nie mogom, jak się drudzy kochajom. A że nie na czas przyszli, to i świętemu się zdarzy — zakończyła niespodziewanie i pojednawczo.