— Jach109 to, kiej? Bo to mało droga? Zgrzali my się jak nie wiem co. Dalibyśta, mama, czegu się napić. Nie poszliśta na pańskie?
— Adym110 wyglądała, żeby was przed drugimi zobaczyć.
Wciągnęła ich do chałupy, zamknęła drzwi i załamała ręce. Już zostało zapowiedziane, że Marynka ma się we dworze nie pokazywać. Włódarze też jej nie chcą w pole, bo mówią, że ona tylko patrzy, gdzie się położyć — a robić jej się nie chce. Słupecki ma zaraz odjechać w swoje strony.
Cała ta mowa nie była im do smaku.
— Bez co tyle hałasu? — mówili wzruszając ramionami. — Że się człowiek trochę zabawił? Żeby my co komu zrobili, ale czy to im ubydzie111, że ta chto112 jeden do żniwa raz nie przyszed. Żeby na małem113 — tak, ale tu?
Lecz gdy matka nie ustawała, popadając w coraz to większą rozpacz — spochmurnieli, a na koniec sami zaczęli nalegać, żeby poszła do dworu za nimi prosić. Gdy matka prosi — kobieta siwa — rzecz się inaczej wyda.
Nie chciała o tym słyszeć. Jeżeli żyją jak psy, niech jak psy idą wiatru po polu szukać. Sami się rządzą — to niech się rządzą.
W takim razie mówi się — trudno. Rozpakowali węzełki i pokazali, co sobie kupili na odpuście. On jej glinianego kokotka114, kwiaciatą chustkę, wstążki, paciorki i atłasowy fartuch w róże. Ona jemu spinkę do koszuli, czerwony fontaź115 i dewizkę116 do zegarka. Pokazał, jak ją nosi — zaczepioną o dziurkę i zatkniętą do pustej kieszeni.
Matce podobał się ten towar, lecz mimo to chwyciła się za głowę:
— Ileśta na to wydali?! Wom dać grosz do pazurów! Wom dać grosz!