Marynka i Słupecki jak państwo, nic się nie śpiesząc, stanęli koło pola. Grabie żniwiarek cięły żółtymi zębami modre niebiosy. Naręcza pszenicy ślizgały się przez niebieską platformę, a suchy terkot sunął brzegiem szeleszczącego zboża. Wielki napis MACCORMICK106 skakał czarnymi literami po ścierniu, na którym odgniatały się w zielonej koniczynce wzorzyste ślady żelaznych kół żniwiarki.
Włódarz107 ukłonił się przybyszom aż do ziemi.
— Kłaniam się jaśnie państwu! — krzyknął i zwrócił się do ludzi: — Dali, powiążta jaśnie państwa, może ta trząchnom sakiewkom.
Nieżyczliwy śmiech pochwalił tę złośliwość.
Kochankowie postali nieco przez honor, a potem prędszym krokiem ruszyli ku czworakom. Naprzeciwko mieszkania Marynki usiedli pod topolą i poskładawszy węzełki, obcierali spocone twarze.
Marynczyna matka wyszła przed sień, i przysłaniając oczy, krzyknęła pytająco:
— No?
Podeszli bez pośpiechu.
— No co? Przyszlimy.
— Ale kiej108? — wrzasnęła.