— Bez125 co? — pytała spłoszona.
Bez to, że mieli tam dla niego upatrzoną dziewczynę, jedynaczkę na sześciu morgach126. Musiał się ze wszystkimi pożreć, a i tak by nic nie sprawił, żeby nie ksiądz. Ksiądz mu pomógł, bo powiada, dziecko tam będzie miał.
— Przez te głupią miłość postradałem los. Bo nos je syścioro127 na dwie morgi gruntu — tymi słowy zakończył Słupecki swoje wyznanie.
Szli wtedy z roboty przez dworski ogród, ku dziurze w dzikim agreście, gdyż tak było bliżej. Z boku przez płot, wynurzający się z grubej zaspy opadłych liści, dawał się widzieć ogień w kuźni i słychać było bicie młotem: w żelazo cieniej, a w kowadło grubiej. Liście zesuwały się z drzew i padały na ziemię mlaszcząc cicho.
Pierwsze chęci Marynki były takie, żeby zakrzyczeć i zapłakać. Lecz po chwili zrobiło się w jej sercu mocno inaczej. Uczyniło się tak jakby niecne sprawy z ową dziewczyną — która niech się udławi swymi sześciu morgami — były ich wzajemnym wspólnym kłopotem.
Namyśliła się i rzekła poważnie:
— Żeli128 się zgodziemy na ordynarie129, tutek130 albo gdzie bądź, to poczekaj... ile też bydziema131 mieli?
Odparł ponuro, że jeszcze żaden ordynariusz nie dorobił się sześciu morgów gruntu.
Zaprzeczyła, że tak mówić nie można, gdyż dorabiają się niekiedy. Ale żeby było pewniej — a też prędzej — można zrobić inaczej. Wynurzyła się ta sama myśl, którą mieli już dawniej, kiedy wrócili z odpustu. Marynka wyraziła ją krótko:
— Pódziema132 do Prus. Tam sie ludzie roz dwa dorabiajom. Aby ino zima zeszła, to już możemy jechać. Dziecko się urodzi w lutym... nie — w marcu. Jak je odkarmie, to się je u mamy ostawi i przyjade do ciebie. Może się tam i zimowom porom jako robota nojdzie133, to ostaniemy całki134 rok, może i pare lat. Ani się obejrzysz, jak potem przyńdziesz nazod135 i pobudujemy tu gdzie dom. I grunt bydziemy mieli jak Dąbek z Poklinkowa, co tu był pierw za parobka, a tera jaki pan. Jak do kościoła idzie, to trzy zygorki136 na siebie kładzie. Wszystko z Prus.