Ta wiadomość rozproszyła przygnębienie Słupeckiego.

— Trzy zegarki! — wykrzyknął. — Ty mos137 głowe, dziecuchno — dodał z uznaniem. Zaczął sam szukać czarnych stron tamtego związku.

— A tam, jakby sie familija zaczena138 wdawać... nie byłoby mi słodko. A jesce z takom zonkom139 nie bardzo ładnom, co mnie do nij140 do łózka nie ciągnie.

Marynka zastrzegła się niepewnie:

— O urodę ta nie tak idzie, jak o to, czy porzonno141... dobro... gospodarno...

Słupecki poznał po wszystkim, co mówiła, że ich miłość rozległa służyć im będzie do nowych rzeczy, do budowania domu i gospodarzenia.

— Tak mi lekuchno na sercu — rzekł gwałtownie, a gdy schyliła się, aby przeleźć żywopłot, pociągnął ją wstecz na wonne szmerające listowie, gdzie sobie sprawili zawsze tak samo pożądane wesele.

To zaś, które nakazywały obyczaje, a Bóg uświęcał, zbliżało się też nieleniwie. Tak jest. Wesele miało być w Rusocinie142 jeszcze przed zimą.

Druhny szykowały pazłótka, a młodziani chustki i dyscypliny. W takim rynsztunku w ostatni czwartek poszli do dworu i po ludziach zapraszać.

Marynka nie mogła wytrzymać przy robocie i z daleka śledziła ich, jak szli czarni i wymuskani po drodze koło pańskiego ogrodu. Spadłe liście jeszcze nie były kruche, leżały warstwa na warstwie mokrymi żółtymi deseniami. Z ich obrusa złotego występowały drzewa, rozrzucając po niebie gałęzie lekkie i puste, pełne poszczękiwania kawek. Weszli w bramę — widziała ich jeszcze pod kasztanami — teraz musieli już wkraczać do pokoju pana. Gdziekolwiek przyszli, wszędzie tak samo jednym głosem mówili: