— Co lejeta29 te wode, jakby ji30 w studni brakło! — zgrzytnęła. — Chto31 mo32 za wos33 lać?

Tedy34 chlusnął ze wszystkich sił, spryskując Marynkę po pas, aż zawrzeszczała, co mleczarz powitał cichym śmiechem.

— Jakie tyż ten Dóniży35 mo36 biołne37 te zembiska. Jak się oześmieje38, to aż aż... — mówiły dziewki, wstawiając bańki na jego szary wózek.

Gdy już ruszyły za wózkiem w stronę dworu, rzekły jeszcze:

— Drugie takie som... Te Galicjoki39, co tu robiom, to jeden w drugiego jeszcze barzy bieliste zemby majom...

Marynka przerwała z gniewem:

— Te cyganiate diabły? Jakby się człowiek z takim trącił, toby się jeszcze ubrudził.

Mówiąc to i owo do siebie, wejrzały mimochodem na pozamykane okiennice dworu. U pana tylko okno było jak szeroko otwarte i dawał się przez nie widzieć pusty pokój z dawno posłanym łóżkiem.

Wczesna godzina ze swą ciszą uroczystą i surową panowała w kręgu obłych kasztanów i na klombie, zarośniętym ciemnoczerwoną półdziką różą. Marynka, rozejrzawszy się, narwała po drodze tej róży i dała Stasi Jamrozikównie.

— Na40, mosz41 — rzekła dobrotliwie. — Postawisz sobie w zbanyszku42, to ci bydom ładnie pachniały.