Musiałem wszakże opuścić go, aby spieszyć do króla; rzekłem że wrócę niebawem. Wróciłem w istocie; ale jakież było moje zdumienie, kiedy go zastałem zupełnie innym, niż go zostawiłem. Chodził po pokoju z wściekłością na twarzy, przystając co chwila jak człowiek nieprzytomny. „Chodź, chodź — zawołał — ujrzysz człowieka najbardziej zrozpaczonego pod słońcem; jestem tysiąc razy nieszczęśliwszy niż byłem przed chwilą, a to, czego dowiedziałem się o pani de Tournon, gorsze jest niż jej śmierć”.
Myślałem, że boleść pomieszała mu całkowicie rozum; nie mogłem sobie wyobrazić, aby mogło być coś gorszego niż śmierć kochanki, którą się miłuje i której ma się wzajemność. Rzekłem, iż dopóki zgryzota jego miała granice, pochwalałem ją i współczułem mu; ale przestanę go żałować, skoro się tak poddaje rozpaczy i skoro traci rozum.
„Nadto byłbym szczęśliwy gdybym go utracił, i życie także — wykrzyknął — pani de Tournon zdradzała mnie; i dowiaduję się o jej niewierności i zdradzie nazajutrz po dniu, w którym dowiedziałem się o jej śmierci, w chwili gdy dusza moja przepełniona jest najżywszą boleścią i najtkliwszą miłością; w chwili gdy jej obraz jest w mym sercu jako najdoskonalsza rzecz na świecie, i najdoskonalsza w stosunku do mnie, odkrywam, żem się mylił, że ona niewarta, abym ją opłakiwał; i czuję żal po jej śmierci tak samo, co gdyby mi była wierna, a czuję jej niewierność tak, jakby nie była umarła. Gdybym był dowiedział się o tej odmianie przed jej śmiercią, zazdrość, gniew, wściekłość byłyby mnie przepełniły i opancerzyły niejako przeciw bólowi po jej stracie; ale jestem w stanie, w którym nie mogę ani pocieszyć się, ani jej nienawidzić”.
Pojmujesz jak zdumiały mnie słowa Sancerra: spytałem, w jaki sposób dowiedział się tego, co mi powiada. Opowiedział, że w chwilę po moim odejściu, d’Estouteville, który jest jego serdecznym przyjacielem, ale który nie wiedział nic o jego miłości, przyszedł go odwiedzić; skoro tylko usiadł, zaczął płakać. Przeprosił go, że przed nim ukrywał to, co mu powie; prosi, aby się nad nim użalił: przyszedł otworzyć przed nim serce: „oto (rzekł) widzisz człowieka strapionego bez miary śmiercią pani de Tournon”.
„To nazwisko — ciągnął Sancerre — tak mnie zdumiało, iż, mimo że pierwszym mym odruchem było powiedzieć, że ja tu bardziej jestem stroskany od niego, nie miałem siły przemówić. Opowiedział mi następnie, że kochał ją od pół roku, że wielokroć chciał mi to wyznać, ale że ona mu tego wyraźnie wzbroniła, i to tak stanowczo, że nie śmiał się sprzeciwić; że zdobył jej serce prawie natychmiast kiedy ją pokochał; że ukrywali swą miłość przed całym światem; że nigdy nie był u niej publicznie; że zdołał szczęśliwie pocieszyć ją po stracie męża; że wreszcie miał ją zaślubić w chwili, gdy umarła; ale że to małżeństwo, skojarzone z miłości, miało uchodzić za wynik obowiązku i posłuszeństwa; że uprosiła ojca, aby jej nakazał wyjść za niego, iżby to nie było w zbytniej sprzeczności z jej zachowaniem tak odległym od powtórnego zamęścia”.
„Póki d’Estouteville mówił — ciągnął Sancerre — wierzyłem: gdyż wszystko zdawało mi się prawdopodobne; czas, w którym powiadał, że zaczął kochać panią de Tournon, to był właśnie czas, gdy wydała mi się odmieniona; ale w chwilę potem miałem go za kłamcę lub bodaj za lunatyka. Omal nie powiedziałem mu tego; potem umyśliłem rzecz wyświetlić; wziąłem go na spytki, zacząłem okazywać wątpliwości. Słowem, uczyniłem tyle, aby się upewnić o moim nieszczęściu, że spytał mnie w końcu, czy znam pismo pani de Tournon. Położył na mym łóżku cztery jej listy i portret; w tej chwili wszedł mój brat. Estouteville miał twarz tak pełną łez, że musiał wyjść, aby ich nie pokazać: powiedział mi, że wróci wieczorem zabrać to, co mi zostawia. Pod pozorem, że się czuję niedobrze, pozbyłem się brata w niecierpliwości ujrzenia owych listów i spodziewając się znaleźć w nich jakąś sprzeczność z tym, co mi d’Estouteville powiadał przed chwilą. Niestety! Czegóż tam nie znalazłem! Co za czułość! Co za zaklęcia! Co za obietnice małżeństwa! Co za listy! Nigdy do mnie nie pisała podobnych. Tak więc — dodał — nęka mnie zarazem jej śmierć i jej niewierność: dwie niedole, które często porównywano, ale których nigdy jeden i ten sam człowiek nie poznał równocześnie. Wyznaję, ku memu wstydowi, że czuję jeszcze dotkliwiej jej stratę niż jej odmianę; nie mogę jej uznać dosyć winną, aby się pogodzić z jej śmiercią. Gdyby żyła, miałbym przyjemność czynienia jej wyrzutów, mógłbym się mścić, ukazując jej jej niegodziwość. Ale nie ujrzę jej już — powtarzał — nie ujrzę; to nieszczęście największe jest ze wszystkich nieszczęść. Chciałbym jej wrócić życie kosztem mego życia. Co za życzenie! Gdyby wróciła, żyłaby dla Estouteville’a. Jakiż ja byłem szczęśliwy wczoraj! — wołał — Jakiż ja byłem szczęśliwy! Byłem człowiekiem najnieszczęśliwszym w świecie: ale zgryzota moja była rozsądna i znajdywałem niejaką słodycz w tym, że nigdy nie zdołam się pocieszyć. Dziś, wszystkie moje uczucia są niedorzeczne. Jej udanej miłości płacę ten sam haracz bólu, jaki mniemałem być winien miłości prawdziwej. Nie mogę już ani nienawidzić, ani kochać jej pamięci; nie mogę ani się pocieszyć, ani troskać. Przynajmniej — rzekł, obracając się nagle ku mnie — spraw, zaklinam cię, abym nie ujrzał nigdy Estoutevilla; samo jego nazwisko przejmuje mnie zgrozą. Wiem dobrze, że nie mam prawa się nań skarżyć: moja wina, żem mu ukrywał, iż kocham panią de Tournon; gdyby był wiedział o tym, nie byłby się może w niej rozkochał, ona nie byłaby mi niewierna; przyszedł tutaj, by mi zwierzyć swoją boleść, żal mi go. Ach! I słusznie! — wykrzyknął — On kochał panią de Tournon, miał jej wzajemność i nie ujrzy jej nigdy: mimo to, czuję, że muszę go nienawidzić. I jeszcze raz, zaklinam cię, uczyń, abym go nie widział”.
Po czym Sancerre zaczął płakać, rozpaczać po pani de Tournon, mówić do niej, powiadać jej najczulsze rzeczy w świecie; potem wrócił do nienawiści, do skarg, do wyrzutów i do wyklinań. Widząc go w takim ciężkim stanie, zrozumiałem, że trzeba mi będzie jakowejś pomocy, aby go uspokoić. Posłałem jego brata, którego właśnie zostawiłem u króla; nim wszedł, wyszedłem pomówić z nim w przedpokoju i opowiedziałem mu stan, w jakim znajduje się Sancerre. Wydaliśmy rozkazy, aby zapobiec, by nie ujrzał d’Estouteville’a. I obróciliśmy sporą cześć nocy na to, aby go przywieść do rozumu. Dziś rano zastałem go jeszcze bardziej strapionym; brat został przy nim, a ja wróciłem do ciebie.
— Zdumiona jestem niepomiernie — rzekła pani de Clèves — przypuszczałam, że pani de Tournon niezdolna jest do miłości i do zdrady.
— Niepodobna — odparł pan de Clèves — dalej posunąć zręczności i obłudy. Zważ, że kiedy Sancerre sądził, iż ona zmieniła się dla niego, było tak w istocie: zaczynała kochać d’Estouteville’a. Powiadała tamtemu, że ją pocieszył po stracie męża i że on jest przyczyną, iż sfolgowała swej ciężkiej żałobie; a Sancerre wierzył, że to dlatego, że myśmy postanowili, iż nie będzie już okazywała takiego strapienia. Udawała przed d’Estoutevillem, że jeśli ukrywa ich porozumienie i pragnie wyjść za niego jakoby zmuszona przez ojca, to przez troskę o swoją dobrą sławę; a to było, aby porzucić Sancerre’a tak, aby nie mógł się na to żalić. Trzeba mi wracać — ciągnął pan de Clèves — aby odwiedzić tego nieszczęśliwego, a sądzę, że i tobie trzeba wracać do Paryża. Czas jest, abyś zaczęła widywać ludzi i abyś zaczęła przyjmować ową niezliczoną ilość wizyt, od których nie możesz się zwolnić.
Pani de Clèves zgodziła się na powrót i wróciła nazajutrz. Czuła się spokojniejsza co do pana de Nemours; słowa umierającej matki i ból po jej śmierci oderwały ją od dawnych uczuć, pozwalając mniemać, że te uczucia zupełnie się zatarły.