Książę przybywał, aby opowiedzieć żonie nowiny o Sancerze; ale nie była zbyt ciekawa dalszego ciągu tej przygody. Pochłonięta tym, co się działo przed chwilą, zaledwie umiała ukryć roztargnienie. Kiedy mogła swobodnie oddać się dumaniom, zrozumiała, że się myliła, sądząc, że pan de Nemours jest jej już obojętny. Słowa jego uczyniły na niej wrażenie, jakiego mógł pragnąć, i przekonały ją całkowicie o jego uczuciu. Postępki księcia zbyt dobrze zgadzały się z jego słowami, aby zostawić jej jaką wątpliwość. Nie łudziła się już nadzieją, że go nie kocha; myślała jedynie o tym, aby mu nigdy tego nie okazać. Było to przedsięwzięcie trudne, którego przykrości już znała; wiedziała, że jedynym sposobem, aby się to powiodło, jest unikać obecności pana de Nemours; że zaś żałoba dawała jej prawo do życia bardziej zamkniętego niż zwykle, posłużyła się tym pozorem, aby unikać miejsc, gdzie mogłaby go spotkać. Widziano jej smutek, śmierć matki zdawała się jego przyczyną, nie szukano innej.

Pan de Nemours był zrozpaczony, że jej prawie nie widuje; wiedząc, że jej nie spotka na żadnym zebraniu, na żadnej z zabaw, na których bywał cały dwór, nie mógł się zdobyć na to, aby bywać w świecie; udał wielką namiętność do polowania i urządzał łowy w dnie, w których miały być asamble u królowych. Lekka choroba posłużyła mu długo za pozór zostania w domu i unikania miejsc, w których wiedział, że pani de Clèves nie będzie.

Mniej więcej w tym samym czasie pan de Clèves zachorzał. W czasie tej choroby pani de Clèves nie opuszczała jego komnaty; ale, kiedy przyszedł nieco do siebie i zaczął przyjmować gości, między innymi pana de Nemours, który pod pozorem, że jest jeszcze słaby, spędzał u niego prawie całe dnie, sądziła, że nie powinna już tam pozostawać. Nie od razu wszakże zdobyła się na tę siłę, aby wyjść, kiedy książę przyszedł. Zbyt dawno go nie widziała, aby się mogła zdobyć na nieujrzenie go. Książę znalazł sposób powiedzenia jej — w słowach, które zdawały się ogólnikowe, ale które ona rozumiała dobrze, gdyż miały związek z tym, co jej rzekł, będąc u niej — że chodzi na łowy po to, aby marzyć i że nie chodzi na asamble, bo jej tam nie ma.

Spełniła wreszcie postanowienie, jakie powzięła, aby wychodzić od męża, skoro pan de Nemours tam będzie; ale musiała sobie zadać straszny gwałt. Książę spostrzegł, że ona go unika, i bardzo był tym wzruszony.

Pan de Clèves nie zważał zrazu na postępowanie żony; w końcu zrozumiał, że ona nie chce być w pokoju, kiedy są goście. Zapytał ją o to; odpowiedziała, że nie uważa za przystojne przebywać tam co wieczór z najmłodszą kompanią ze dworu; że błaga go, aby zezwolił jej wieść życie bardziej ustronne niż wprzódy; że cnota i obecność matki uprawniały wiele rzeczy, których kobieta w jej wieku nie może dozwolić.

Pan de Clèves, który miał zazwyczaj wiele słodyczy i ustępliwości dla żony, nie znalazł ich w tej okazji; oświadczył, że bezwarunkowo nie chce, aby zmieniała tryb życia. Już miała mu powiedzieć, jako obiegają w świecie wieści, że pan de Nemours jest w niej zakochany; ale nie miała siły go wymienić. Wstyd jej też było posługiwać się fałszywym pozorem i przeinaczać prawdę człowiekowi, który miał o niej tak dobre mniemanie.

W kilka dni potem król był u królowej na asamblu; mówiono o horoskopach i o wróżbach. Sądy były podzielone co do wagi, jaką należy do nich przykładać. Królowa dawała im dużo wiary; utrzymywała, że po tylu rzeczach, które przepowiedziano i które się zdarzyły, nie można wątpić, że jest jakowaś pewność w tej wiedzy. Inni twierdzili, że pośród niezliczonej ilości wróżb, niewielka ilość tych, które się sprawdzą, dowodzi jasno, że to jedynie przypadek.

— Bywałem niegdyś bardzo ciekaw przyszłości — rzekł król — ale tyle mi powiedziano rzeczy fałszywych i tak mało prawdopodobnych, że nabrałem przekonania że nic się nie da wiedzieć prawdziwego. Przed kilku laty przybył tu człowiek wielkiej reputacji w astrologii. Wszyscy chodzili do niego; poszedłem jak inni, ale nie mówiąc, kto jestem; wziąłem z sobą panów de Guise i Descars, i puściłem ich przodem. Mimo to, astrolog zwrócił się najpierw do mnie, jak gdyby poznał we mnie ich pana. Może mnie znał; ale powiedział mi coś, co by się nie zgadzało, gdyby mnie znał. Przepowiedział mi, że zginę w pojedynku. Powiedział następnie panu de Guise, że będzie zabity z tyłu, a Descarowi, że koń roztrzaska mu głowę kopytem. Pan de Guise obraził się o tę przepowiednię, jak gdyby wróżącą mu, że będzie uciekał. Descars też nie bardzo był zadowolony, że ma skończyć od tak nieszczęsnego wypadku. Słowem, wyszliśmy wszyscy bardzo nieradzi z astrologa. Nie wiem, co się przygodzi Guise’owi i Descars’owi, ale mało prawdopodobne jest, abym ja zginął w pojedynku. Zawarliśmy pokój z królem hiszpańskim; a gdybyśmy go nawet nie byli zawarli, wątpię, abyśmy się bili z sobą, i abym go wyzwał, jak król mój ojciec wyzwał Karola Piątego.

Po tym opowiadaniu o nieszczęśliwej przepowiedni dla króla obrońcy astrologii przestali brać jej stronę i zgodzili się, że nie należy przykładać do niej żadnej wagi.

— Co do mnie — rzekł głośno pan de Nemours — jestem człowiekiem, który najmniej powinien w nią wierzyć — i obracając się ku pani de Clèves, wpodle5 której siedział, rzekł z cicha — Przepowiedziano mi, że będę szczęśliwy z łaski kobiety, dla której będę żywił najgwałtowniejszą i pełną szacunku miłość. Osądź pani, czy mogę wierzyć w przepowiednie.