Nie można było nic o tę gadzinę

Zahaczyć w ruchach miasta, ni dosięgnąć

Niczym białego i dumnego czoła...

Bo jak monolit stała w oczach tłumu

Bez skaz i pęknięć — z jednej sztuki cała...

I dłoń się po tej obsuwała bieli

Jako po gładkiej tafli kryształowej,

Nie mając o co zaczepić tej dumnej...

Lecz niech raz tylko imię jej się wplecie

W jakiś wypadek uliczny i krwawy,