Czy to były czary?
Nie, to nie były czary! Pierwszy raz tylko ów biedak przemógł ospałość swej myśli, swej duszy, pierwszy raz poczuł miłość do opuszczonego przez długie lata kawałka ziemi, do tego zagona708 bezpłodnie leżącego pod niebem, skąd i na niego przecież świeciło boże słonko i deszcz rzęsny709 rosił.
Pierwszy raz poczuł ogromne natchnienie do pracy, więc i ogromną siłę.
Ta siła tak mu weszła w piersi, w ręce, w ramiona, że ledwo wytrwał w bezczynności do rana, a garść słomy, na której legiwał710, wydała mu się nocy tej jakby mrowiskiem, jakby madejowym łożem711.
— Co zmarnowanego dobra i żywota! Co sił po próżnicy i we mnie i w tej ziemi zmarniałych!
Że też na niego choć przed rokiem, choć przed dwoma nie przyszła taka godzina...
Ot, czekała, czekała go ta ziemia cierpliwa, dobra... Czekała go, w dziki kwiat strojąc się i w dzikie trawy, jak Cyganka, bo jej nie przyodziała praca jego złotą szatą kłosów...
Teraz on ją ustroi... Teraz ją odżywi... Teraz on syn, syn! A ona matka rodzona!...
Piały już kury, kiedy umęczony myślami swymi Skrobek usnął wreszcie. Śniło mu się, że po modrym niebie chodzi, miesięcznym sierpem712 gwiazdy kosi i w stogi je wielkie u bożych stóp składa...
Ot, taki sen złoty...