Ledwo świt, dobył Skrobek pieniędzy z garnka ukrytego w słomie pod strzechą713 i poszedł pług714 kupować i bronę715, do kołodzieja716 Wojcieszka, na drugi koniec wioski. Droga przez wieś pusta jeszcze była i cicha; ale Wojcieszek już okrakiem na stołku przed chatą siedział i śmigłą717 drzewinę strugiem718 na dyszel719 strugał, pogwizdując na szpaka, co go u siebie od wielu lat chował.

Ledwo Skrobek na drodze się pokazał, już ten szpak krzyczeć zaczął:

— Wojcieszku! Wojcieszku! Wojcieszku!

Kiwnął na to stary głową i rzecze:

— Gość idzie.

— Gość! Gość! Gość! — wrzasnął szpak gwiżdżącym dyszkantem720, a w tej chwili przybliżył się Skrobek.

— Pochwalony!

— Na wieki! — odrzekł Wojcieszek, a tuż i szpak za nim.

— Zmyślny ptak! — rzecze Skrobek z dziwem. — Musi chyba u organisty w naukach był?

— I... nie! — Wojcieszek na to. — Samem go wyuczył721. Człowiek sierota stary, odumarli bliscy i pokrewni, ust nie ma otworzyć do kogo, to się choć do ptaka, niemego stworzenia, odezwie. A czegóż to chcecie?