— Słuchaj, Pietrzyk! — rzekł. — Trzeba nam kroku przyśpieszyć, bo już widać Skrobkową chatę. Naszykowałeś ty tam jaką motykę pod dębem?
— Co nie miałem naszykować? Stała za drzwiami w sieni...
— To i dobrze! Patrz, prosto pod dąb idzie... Poczciwości dziewczynina!
Jakoż Marysia istotnie prosto pod dąb szła, który pełen był szumów cichych i łaskawych, jakby właśnie słowa szeptał jakie.
Przyszedłszy, obejrzała się dziewczyna za patykiem jakim, żeby rozgrzebać ziemię, na mogiłkę dla chomika swego, gdy wtem spostrzegła motykę Skrobkową o pień dębu wspartą.
— Dziękaż Bogu! — szepnęła. — Tatuńcio zabaczyli844 motyki... Będzie czym godny dołek wybrać845!
I zaraz zaczęła kopać, złożywszy chomika na trawie. Uderzyła raz motyką, uderzyła drugi, dziwując się w sobie, że jej ta robota tak lekko idzie. Motyka jak piórko, a ziemia tak pulchna, jakby dopiero co usypana.
— Okrutniem zmocniała na Skrobkowym chlebie! — szepnęła z uśmiechem. — Ani pół, gdzie... ani ćwierć tej mocy nie było we mnie, kiedym gęsie846 pasła.
Pomilczała i westchnęła z cicha:
— He, hej!... Czym ja się też sierota za chleb ten wywdzięczę?... Bóg chyba zapłaci za mnie.