— Jezu miłosierny! Gdzie? Gdzie?...
— A haj, pod dębem!... Pod samiuśkim naszym dębem! — wesoło zawołała Marysia. — Bierzcie płachtę, tatuńciu, albo worek, bo tego setna851 kupa je!
— Panie Jezu! Panie Jezu! — powtarzał Skrobek, szukając worka na zapiecku. — Kupa, powiadasz?... A niechże Bóg błogosławi, sieroto! A toś mi radość przyniosła, jakoby własna... rodzona...
Marysia już była we drzwiach.
— A pójdźma852 prędzej, bo tam miesiączek tak świeci... tak świeci...
Poszli.
Jałmużna Półpanka
I
Koszałek-Opałek, który od owej przygody z Marysinymi gąskami, kątem u Sadełka mieszkał, dziwił się niepomiernie dnia tego, że gospodarz tak długo nie wraca. Zazwyczaj wymykał się lis z jamy pod wieczór, a przychodził rano; z tą wszelako różnicą, iż przy wyjściu przeciskał się wąskim podziemnym gankiem, który prowadził wprost ku wsi, wracał zaś obszernym wejściem od strony lasu, tak bywał objedzony i gruby, po czym rzucał się na legowisko i chrapał aż do zmierzchu dzień cały.
Zastanawiały Koszałka-Opałka te nocne wycieczki gospodarza, ale jako przyjęty w gościnę, nie pytał o nic.