Ale teraz, wapienne skały twardo na straży stoją i oczu nie puszczają na cichy błękit, poza wedety swoje.

Peri to ostatnia stacja, na której wolno krzyknąć: Evviva Umberto il re386, jeśli naturalnie ma kto po temu ochotę. Ala, to już habsburskie porządki i amty387, które reprezentuje szkaradny, zaspany Niemiec, co mi małą doniczkę z kwiatem, pielęgnowanym od samej Wenecji zabrał i rzeczy podróżne opryskliwie trząsł. Musiała jego Gretli z fusami kawę dziś dać, bo był w haniebnym humorze.

Była wieść zrazu, że tutaj w mieście pozostać nam przyjdzie, bo dalej rzeka nie puszcza, okazało się przecież, że jeszcze do następnej stacji dojechać można.

A tak mało co pośniadawszy388 kawą, w której też rękę Gretli znać było, wsiedliśmy z pośpiechem do wagonów, nie bardzo wiedząc, na co nam jeszcze dziś przyjdzie. Jak na toż puścił się deszcz rzęsisty, z którym się reszta karności między podróżnymi rozprzęgła, siadał więc każdy, jak i gdzie chciał, nie bacząc ani na klasy, ani na dodatkowe bilety, ani na konduktora, co chwyciwszy się za głowę próżno od wagonu do wagonu biegał, rad bardzo, że nas wreszcie w Serravalle wysypać mógł.

Tutaj czekał już żółto pomalowany, wysoko wyniesiony a wąski dyliżans, jakim jeszcze Gil Blas389 swego czasu podróżować musiał. Przy dyliżansie cztery konie w chomątach390 z dzwonkami, na lejcowym foryś391 w żółtych galonach, frędzlach, taśmach, sznurach cały, na koźle takiż pocztylion392 ze spalonym jak cegła karkiem, z trąbką przy wydętych ustach.

Za tym pierwszym dyliżansem — drugi, trzeci, dziesiąty, cały tabor otaczała milicja konna, która porządku i bezpieczeństwa w drodze miała strzec. Zrobił się ruch, gwar, tłok — nie do opisania.

Damy zwłaszcza usadowić się jakoś nie mogły.

Każda chciała mieć „pod ręką” wszystkie swoje pakunki, a tu ciągle czegoś brakło — to pudełka z kapeluszem, to koszyka, to męża.

Mężowie szczególniej byli nie do odszukania. Przypuszczać by nawet można, że umyślnie ginąć kędyś musieli, szukając sobie po dyliżansach bardziej urozmaiconych widoków.

Pocztylioni biegali z poleceniami od powozu do powozu, damy się wychylały, wołając niewdzięczników po imieniu, już były obawy, że i milicja w sprawę tę wdać się zechce, gdy nagle zatrzaśnięto drzwiczki — kto wie — może na znak którego z poszukiwanych.