Zamęt powiększył się jeszcze, kiedy spostrzeżono, że deszcz i w dyliżansach kapie sobie po maleńku. Zaczęto rozpościerać chustki, płaszcze, parasole... W jednej chwili panie zostały obsłużonymi z takim pośpiechem, z taką galanterią i gorliwością, jakiej nigdy oczekiwać nie mogły od własnych opiekunów swoich. I tutaj dopiero okazało się, jak dalece zbawienną jest rzeczą mieć w czasie deszczu pod ręką cudzego męża. Zaczem w dobrych humorach i wzajemnym zadowoleniu ruszyliśmy naprzód, z wielkim trąbieniem i klaskaniem z biczów, któremu góry dawały rozgłos armatniej salwy i muzyki łowów zaklętych.
Z miejsca my się zaraz w bok wzięli, zostawiając na lewo Adygę i zrujnowaną linię kolejową. A droga ta nam poszła wśród winnic obudowanych wysoko murem, z ciężkich kwadratowych głazów spojonym, i puściła się starym wiaduktem rzymskim, na którym spotykaliśmy ogorzałych mężczyzn z łagwiami393 na plecach, iż czas winobrania był — i dzieci kędzierzawe, i kobiety z nagą szyją, w szerokie biodra ręką wsparte, dzbany i wiadra na głowach niosące.
— E sempré piove!394 — mówił sąsiad mój, który wprawdzie parasola nie miał, ale za to dużym swoim kapeluszem słomianym zasłaniał nad nami szpary w dyliżansowym pułapie.
— E piove!...395— dodał po chwili, widząc, że mu nikt nie odpowiada.
Sąsiad mój był to piękny, smagły brunet, z klasyczną aż do najdrobniejszego rysu twarzą, z głębokim, trochę zimnym jak u posągu, spojrzeniem. Obok niego siedział gruby Niemiec, w Ala widocznie z „Amtu” jakiegoś wyrwany, którego czerwone, jowialnie pofałdowane policzki, trzęsły się w takt ruchu dyliżansowego.
Małe jego oczki uśmiechnięte były wewnętrzną jakąś błogością, a tłuste ręce, skrzyżowane na żołądku, źródło tej błogości wskazywać się zdawały.
To kamea i terakota...
Typy te, tak odrębne, tak silnym odbite kontrastem, spotykają się odtąd coraz gęściej razem, wzdłuż północnej części doliny Adygi aż do Salurn niemal. Po czym kamea się zaciera, a od Bozano począwszy, terakota wszechwładnie zapanowywa. Nie mogłam się dopytać, jak się zowie miejsce, w którym nagle koła dyliżansów obracać się przestały, a wszyscy pocztylioni, ba, i forysie nawet, zeszli z kozłów i z chomąt młodym winem przepić.
Ale wiem, że była to garść domów u zrębów starego muru przytulonych, kędy ludzie w sandałach i zielonych pończochach, przypatrując nam się, we drzwiach stali, a góry rzucały im zmierzchy swoje aż do wysokich kamiennych progów pod nogi. Kadzie, cebry i tłoki pod murem osterii396 honorowe miejsca trzymały, a gospodarz wino drewnianą czerpaczką gościom w kubki nalewał. Wszystko to tak było schowane między góry, winnice i porozwalane dawnych zabudowań szczęty, że nie dziwiłabym się wcale, gdyby i sam Pan Bóg o tym zakącie nie wiedział.
Ale wiedział, przelatywał tam bowiem ptak dziki i lilie kwitnęły polne.