Gospodynią naszą była teraz signora Franchini, tłusta, bezdzietna, niemłoda już Włoszka, która chyba coś nie coś z obcej krwi musiała w sobie mieć, gdyż w porządku zamiłowaną była namiętnie, i cały dzień boży z trzepaczką i ścierką chodziła, zmiatając by najmniejszy pyłek z posadzki, z sprzętów, z obrazów.
Mąż jej, signor Andrea Franchini był kasjerem jakiegoś prywatnego banku i zagorzałym czytelnikiem „Diritto”, słynął też z najpiękniejszych w całym mieście wąsów siwych, i jedną tylko miał wadę, że wytrząsał fajkę gdzie Bóg dał, na dywan, na stół, na okna.
Dobrzy ci ludzie okazywali nam wiele życzliwości, zwłaszcza kiedy się dowiedzieli, żeśmy Polki, a ja miałam szczególny przywilej dostawania świeżych kwiatów, zakwitających na balkonie signorów Franchini.
Dom był urządzony dostatnio i odznaczał się wykwintną czystością.
Było to pierwsze ognisko prywatnego życia, jakie bliżej poznałam we Włoszech.
W wielkiej, trochę ciemnej, utrzymywanej w miłym chłodzie sali jadalnej stał niesłychanych rozmiarów kredens dębowy, pełen dzbanów, mis, cebrzyków metalowych, szklanic i nalewek.
Wprost niego zegar staroświecki z kukułką, który też i kuranty grywał, czegośmy wszyscy z wielkim namaszczeniem słuchali. Wysokie, rzeźbione krzesła pod ścianami szeregiem stały, dalekie od tego roztrzpiotania się współczesnych mebli, które swoją fantazję okazują, po całym spacerując salonie; w pośrodku potężny stół, zawsze biało nakryty, z cynową misą polenty i dzbanem domowego wyrobu wina.
U okien wisiały suszące się majeranu pęczki i wianki grzybów, i sery w siatkach nicianych, a na ścianach ginęły w zmroku poczerniałe obrazy, których treść przed jakimi stu laty może i widną była.
Dwoje drzwi otwierały się w sali tej naprzeciw siebie. Jedne do komnaty pana domu, w której mi jakoś nigdy być nie przyszło, drugie — do olbrzymiej, sklepionej w łuki kuchni, w której wysunięty od ścian ku środkowi komin zajmował główny plac. Niezliczone kociołki miedziane z nogami i bez nóg, z uszami i bez uszu, smagłe, pękate, wydęte zgoła wszelkiej miary i wszelkiego kształtu, stanowiły ornament ścian, a piękny stół, na krzyżakach dębowych rozparty, był warsztatem, przy którym krzątała się zawsze zarumieniona Gemma, w wielkim białym fartuchu i niebieskiej chusteczce na piersiach.
Z kuchni oszklone drzwi prowadziły na wewnętrzny od strony dziedzińca ganek, kędy na półkach drewnianych, u ścian przybitych, kwitnęły pelargonie, gardenie i późne stokrocie.