— Chodźmy alla Madonna del Monte415.
— Ah, che bella! Ah, che miraculosa!416 — mówiła szybko Gemma, chwytając świeżą chusteczkę na szyję. — E la padrona?417
Okazało się, że la padrona przeciwną temu nie była. Poszłyśmy więc w górę miasta, bokiem czystych, drobno zabrukowanych uliczek, którymi woda wyparta z przepełnionych źródlisk górskich, szemrząc i pluszcząc, szła przezroczysta, jasna, świeża. Pomiędzy uliczkami tymi, na placu u studni miejskiej, stał na marmurowym bloku Neptun czarny, złotym trójzębem o podstawę wsparty. Nie był to jednak ów tradycjonalny władca oceanu, starzec lubieżny, co ciężkim, rozlanym ciałem na delfinach siada, z brodą mchami porosłą, w otoczeniu pyzatych dzieci i oceanid nagich.
Neptun w Roveredo jest to młodzieńczy morza bóg, dzierżący się w górę całą muskularną postacią swoją, głowa jego harda, myślami głębie wód mierzy, oko natężone, pierś burzliwa, noga gibka, do pochodu naprzód podana.
Kiedym się przyglądała tej pięknej i śmiałej rzeźbie, Gemma odmówiła swoje ave, przeżegnawszy się pierwej pobożnie, co zresztą czyniła też przed spotkanymi po drodze kościołami, San Marco, Santa Maria, San Sebaldo. A kiedym, wskazując posąg, zapytała, kto by to był — un santo, mi crede418 — odpowiedziała spokojnie.
Po czym droga się nasza wyniosła nad miasto, między strzeżone wysokimi murami winnice, które już na liść jesienny kolory od słońca brały. Przeciw nam szły w jarzmach woły siwe, ciągnąc wozy na niskich kołach, ciężkiej budowy, skrzypiące; a gospodarze opodal za nimi idący, ze świstem puszczali w powietrze długie swoje bicze, wołając: „Ohe! ohe!”.
— Felice via!419 — pozdrawiała ich Gemma.
— Con Dio420 — odpowiadali niezmiennie.
Tymczasem ukazała się piękna, obszernie zbudowana willa, z ogrodem pełnym chłodników, altanek wiszących i kwiecia. Na prawo i lewo ciągnęły się nieskończone plantacje morwowe. Gemma objaśniła mi, że wszystko to należy do signora Tachi, największego bogacza w Roveredo, który jest też właścicielem olbrzymich przędzalni jedwabiu.
Nieco dalej musiały wszakże i klasztorne grunta być, bom po winnicach widziała mnichów czarnych, jak zakasawszy rękawy, ład w kadziach czynili ku pożytkom zimowym albo drepcząc w patynkach drewnianych, dźwigali łagwie świeżo pobite, na plecach je dzierżąc za pętle skórzane.