Może kareta biskupia rozsypała się do szczętu? Może jedwabniki zmówiły się jedwab dla siebie odtąd prząść i w adamaszkach, jak signor Tachi, chodzić? Może Santi Moroni wojnę Niemcom wydał? Ale nie, to mały, uczący się dobosz437 za ogrodem chodzi tu i tam, i w większy prawie od siebie bęben bije, co siły ma. Kiedy się zmęczył i przystanął trochę, zapytałam go, czyby z dobrej woli na dobosza szedł?

„A jakże! Czemu nie?” Kum Brenti przyprowadził go tutaj, bo w domu koza zdechła. Zrazu to mu się co dzień płakać chciało, ale teraz przywyknął. Bęben jest piękny, co się zowie, i taśma żółta. Tylko przyciężko trochę.

Tu podniósł cienkie swoje rączyny, które się trzęsły wysilone i mdlały.

Florentino się zwał, do matki chciałby czasem. Teraz tam kukurydzę suszą. Ale ma jeszcze dwie siostry, do niczego to! Małe, chude, nic zrobić nie umieją chyba jeść. A zbytnice438 jakie! Zena i Lodi... A matka, to wdowa jest... koszule mu pierze. Ich wioska? To wcale nie daleko. Jak się wiatr z tamtej strony obróci, dzwony słychać.

Pies tu kiedyś do niego ze wsi przyleciał, ich Trapo, ale go starszy kazał zbić, więc uciekł i teraz się boi.

Pies był okrutnie chudy, na wsi ciężko żyć!

Tu westchnął, jak wzdycha stary, smutny człowiek.

— Czyż ci nie tęskno do swoich? — spytałam go jeszcze.

Mały dobosz podniósł głowę wysoko, wytrzeszczył oczy na słońce, poczerwieniał, usta mu się zatrzęsły.

A potem, nie odpowiadając mi i nie patrząc na mnie, odszedł wielkimi krokami, z całej swojej dziecięcej siły tarabaniąc w bęben.