I znów chodził za ogrodem tu i tam, i bębnił, bębnił, bębnił...

Z ogrodu wyszłam na północną drogę, szeroką, cieniem wielkich drzew nakrytą, kędy ławki kamienne stały i goniła się chmara dzieci, zbierających kasztany dzikie.

Gdyby mi wstyd nie było, przyznałabym się, że i ja także zbierałam je z nimi. Ogromne to były kasztany, lśniące jak mahoń polerowany w ciemniejsze, grube słoje. Drogą tą wyszłam później między podmiejskie domy i ogrody i szłam aż do rzeki, która nie tak już huczy jak przy Castelvecchio, bo szersze pędy bierze, choć i tu jeszcze warkotu dość. Most też nie bardzo na niej pewny, drewniany, stary już. Dziad tam na ławie siedzi, nie żeby zaś żebrał, broń Boże! Owszem, cygaro sobie pali i z przechodniami rozprawia, ale, że ot tak, żyje sobie z tych centów, co mu spadają w kapelusz na ziemi stojący, choć nie mówi: „Dzięki tobie”, ale — „Bogu dzięki”. Żebrak to z „Bożej łaski” jest, a czemu nie ma być? A za mostem, za rzeką, widać już pólka wyniesione nad zalew jarzynnym plonem, i wioski bielejące, i kościelne wieże, a potem góry, góry... Tam, tam, na północ wrócić bym już chciała! Oczy też mają tęsknotę swoją i na równiny już patrzeć chcą.

Trzeciego dnia poszłam na zachód i znalazłam się na cmentarzu, co schowany między sady, cichy i jasny pod niebem, leżał w uspokojeniu głębokim. Śmierć tu nie często chodzi, bo trawy niedeptane u furty stoją, a drzwi skrzypią przykro na swoich zawiasach rdzawych. Żyć ciężko, ale kiedy się już raz żyje, nie ma się po co do mogiły spieszyć. Taką jest filozofia mieszkańców Roveredo. Siwy custode439, co mi otwierał bramę, powiada, że jak zapamięta — a od pół wieku urząd swój tu pełni — jeden tylko niedorostek powiesił się na podmiejskim murze. A i to straceniec jakiś i przybłęda był, co ojca, matki nie miał, jakoż mu na to nie miało przyjść?

Cmentarz w Roveredo dziwne robi wrażenie. Całe to smętne pole, nad którym gonią się w promieniach słonecznych wielkie, żółte motyle, podzielone jest na cztery części drogą, przy której, jakoby gęsty szpaler, stoją krzyże tych, co sobie na zbytek ten pozwolić mogli. Poza krzyżami, na gładko wyrównanej ziemi, sterczą równoległe płaskie, okrągławe, nie wyższe nad pół łokcia kamienie, z wyrytą na nich liczbą porządkową grobu. A tak lud się tu bezimiennie w ziemię, rzędami kładzie, z piasku nawet mogiły nad głową nie mając. Ale jest liczbą. Panowie, inaczej. W murze cmentarnym katakumby i kaplice ozdobne, poza piękną żelazną kratą, goreją od lamp wiszących i ciągną oczy widokiem kwiatów, płaskorzeźb, posągów i napisów na marmurze rytych. Ci nie są liczbą.

Czwartego dnia... ale nie, czwartego dnia nie byłam nigdzie, bo zaledwie uchyliwszy okno z rana, spostrzegłam wielki tumult440 na ulicy. Oficerowie kręcili się w galowych mundurach; kilku urzędników z poczty i z telegrafu wybiegło bez czapek, z piórami za uchem; mały właściciel wielkiej, narożnej kawiarni, zapuścił się w białym fartuchu i z moździerzem w ręku aż na środek placu; znalazło się nawet — nie wiem jakim sposobem — uliczników kilku. A od hotelu Alla Posta tymczasem, biegło całe nasze współpodróżne grono, na czele którego trzymał się ów tłusty Niemiec z Ala, gwałtem widać od kawy rannej oderwany, bo jeszcze ustami ruszał i serwetę białą pod brodą miał. Biegnąc, rękoma dla pośpiechu machał i ruchem tym zastępował pewną ociężałość małych, krótkich swoich nóżek. Orszak zamykała dama z grzebieniem i papilotami w ręku.

— Co się to stało? — zapytałam Gemmy, która z szczotką i miotełką wybiegła patrzeć przed bramę.

Generalissimus! — huknął mi przechodzień jakiś, podniósłszy głowę ku oknu.

Ten generalissimus był to feldmarszałek Thun, który przebywał tę część Tyrolu dla obejrzenia spustoszeń przez Adygę na liniach kolei zrządzonych. Cały ten dzień miasto było w gorączce. Młody adiutant feldmarszałka po dziesięć razy musiał opowiadać damom przygody swojej podróży, ot tak, na środku placu, a niezliczone „och” i „ach” pół dnia rozlegały się w powietrzu. Myślałam, że tym razem przynajmniej zapomną nam dać kurcząt na pieczyste, ale nie, signora Franchini pamiętała o nich wśród powszechnego wzburzenia umysłów.

Nie wiem, jaką tam generalissimus konferencję na miejscu z Adygą odbył, ale tak mi się coś zdaje, że musiała ona być nieco podobną do wszelkich konferencji dyplomatycznych, w których ostatnie słowo ma wielka wypadków fala.