Przybycie wszakże feldmarszałka wlało w nas pewną otuchę, nie brakło nawet śmiałków, co się tego samego dnia jeszcze puścili śladem generalissimusa. My czekałyśmy jutrzejszego ranka.


Ostatnia noc w Roveredo była księżycową nocą. Taką, co to myśli nasze na skrzydłach nosi i czyni z nas po głębinach modrych latające duchy, i serce nam naciąga jako łuk tęczowy, i na czoła nasze kładzie gwiazdę srebrną.

W taką ja noc myślę o łąkach ros pełnych, budzonych o brzasku rżeniem spętanych koni, i o węgłach niskich i czarnych chatach, na których się rozłamują promienie miesięczne, i o ludziach zmęczonych bardzo, którzy ani wiedzą, po ławach twardych pośpieni441, że jasność wielka o nich się otrąca.

W taką ja noc szumy ojczystych niw słyszę i zapach ziemi poruszonej czuję, i wiem, że żniwo się zaczyna, kłosami ciężkimi bogate, co brzęczą jak stal trącona, a chleba przyszłości są pełne. O, bądźcie mi pozdrowieni z dala wy, co żniw tych czujecie czas. Bądźcie pozdrowieni kosarze dobrzy, co czekacie dnia, aby na dziale stanąć. Za wami pójdzie łanem pieśń, jako Ruth442 zbierająca uronione kłosy, i wieniec z nich uwije, i na czoło włoży sobie, aby pokazała światu, iż bez ozdoby pól ojczystych nie jest...

10

Wyjazd z Roveredo — Trento — Lavis — Nasza szkapa — Noc w Salurn — Poranek w górach — W Cortinau: — Jul Prell — Jego zięć — Schimele i Juvele — Margreit — Kaltern — Dyliżansem — Przeprawa w Sigmundskron — Bozano — Przez góry Ortles — Hans Michael — Alois Flinks — Nad przepaścią — Czym koń nasz w Klausen popasał.

Z jakąś melancholią porzuca się miejsca, gdzie dusza nasza odetchnęła raz choćby, więc i ja żegnałam Roveredo z mimowolnym wzruszeniem, oglądając się na winnice jego i domy białe, i kasztany, co nam cień swój na drogę rzucały. Gemmo, doboszu mały i ty udręczony kosie, bądźcie mi zdrowi, żegnajcie! Kilka dni cichych bardzo tu przebyłam i to jest słowo, które chciałabym mieć na ustach, żegnając ziemię.

Jaki to był świeży i otrzęsiony rosami poranek, tego wypowiedzieć nie umiem! Mając przed sobą krainę dziwną, we mgłach liliowych leżącą, ruszyliśmy tym samym mostem, na którym dziad ów z Bożej łaski siedział nie gorzej, jak się siedzi na innych — z tejże łaski — miejscach.

Zbudzone trąbką postiglione443naszego, góry wstawały ze snu i zachodziły nam drogę to z prawej, to z lewej strony, a po załamach skalnych grały świeże echa, dając nam odzew daleki.