Wkrótce jednak chwyciły nas między siebie głębokie wyboje, wśród których, drogą ze żwirów wymytą, woda jeszcze bystro szła, tak że tylko bokami się wieszając po przydróżkach, gruntuśmy pod kopyta koniom dostać mogli444. W ten sposób przebrnęliśmy jakoś Pomarole, Villa, Levico, ni to wsie, ni to miasta; coś, co ma kościół swój, urząd i winiarnię. A i biedę też swoją ma, wyłażącą wszystkimi bokami. Domy tu, z szarego kamienia na wysokich podmurowaniach wzniesione, na piętrach dopiero, pod dachem gdzieś okna mają — ślepe i martwe od dołu. Odrzwia445 starym, dobrym gustem w głębokie łuki z kamienia wpuszczone, po murach gdzieniegdzie malowania zblakłe, ganki zatrzęsione śmieciem, chusty się na nich suszą i kukurydzy pęki. Przed domami kobiety się czeszą, nogi myją, karmią dzieci, mężczyźni... ale nie, niepodobna opowiadać wszystkiego, co się w miastach włoskich na ulicy robi.
Południowa już była godzina, kiedyśmy w Trento stanęli.
Mocne, niezapomniane wrażenie zrobił na mnie ten Trydent stary, w siwiźnie średniowiecznych budowli swoich stojący, trochę przyćmiony zadumaniem wieków, co nad nim szły, nieregularny w planie, z pierwotnego jądra wywinięty w ozdoby i gmachy nowe, które by wędrowiec odmuchnąć z niego rad, dziwny, sam sobie tylko podobny, kłócący się fizjonomią z powszedniego życia ruchem. Na obejrzenie go wszakże tyle tylko miałam czasu, ile go potrzebował pocztylion, aby zmienić konie, i kucharz z hotelu Europa, aby przyrządzić polentę con u’celli446, potrawę, którą tu robią na prędce, jak u nas befsztyk. Zbrodniarz, zużył do polenty tej tyle skowronków, że starczyłoby ich na rozśpiewanie całej polskiej wioski.
Więc tylko okiem rzuciwszy na tum447 starożytny i wieżę sądową, krótkim wejrzeniem objęłam główne punkta miasta i poszłam do Santa Maria Maggiore, kędy448 przed trzema przeszło wiekami zasiadał zbór ów sławny, na którym i nasz Hozyjusz449 głos brał. Dziś — cicho tu i pusto; i tak swobodnie zadumać się można o prostocie nauki Chrystusowej, jakby nie było na świecie konsyliów, które ją tłumaczą uczenie. Z żywym i bardzo rozbudzonym uczuciem pożegnałam Trydent stary, a kiedy godzina może drogi za nami była, dał się słyszeć głuchy łoskot wód, z Val Cembra ku nam idących.
Był to Aviso, który pod Lavis takim niepowstrzymanym wałem do Adygi z wysoka się rzuca, że w zwykłych nawet czasach tworzy jakoby górę szklaną, zapadającą się w przepaść — jak w bajce. Cóż teraz, kiedy i Adyga podjęła ku niemu wody swoje z namiętnym szumem, kiedy się zlały w jeden huk dwa głosy: otchłani, która pragnie, i tej, która się oddaje. Powóz stanął, konie dalej ważyć się nie mogły, zostawiono nas tutaj własnej naszej doli.
Przed nami leżało Lavis, do którego trzeba nam się było dostać bądź co bądź, gdyż tamtędy droga nasza ku Bozano szła, ale pomiędzy nami a miasteczkiem była rzeka, i Aviso, gwałtownik ów szalony, który w pędzie swoim zerwał z Adygi most, na cały Tyrol z długości swej sławny, zamiast którego deski tu teraz rzucono, linami je powiązawszy jak tratwy. Z jednej i z drugiej strony tego improwizowanego mostu wojsko stało i kupy kamieni leżały zwalone; i zaiste, było o czym dwa razy pomyśleć, nim się tu postawiło stopę.
Deski na prędce z tartaków chwycone tak były gibkie, że się uginały pod ciężarem ludzi, co z kuframi naszymi szli, a woda kłębami przewalała się wierzchem, ilekroć silniejsza uderzyła fala.
Nie wstyd chyba przyznać się, że mi strach ścisnął serce, że jednak ludzie patrzeli na nas, podniosłam głowę i w ogniach cała wstąpiłam na chwiejący się pomost. Zaledwie jednak uszłam kilkanaście kroków, kiedy jakaś ogromna tyrolska łapa z taką siłą pochwyciła rękę moją, żem z bólu zapomniała zupełnie o strachu i sama nie wiem jak, znalazłam się na drugim brzegu. Tutaj powitano nas okrzykiem, byłyśmy pierwszymi kobietami, co się nad otchłań tę bez zawrotu głowy ważyły. Zaraz też opowiadać zaczęto, że wczoraj całe grono dam z Roveredo przybyłych, nakrzyczawszy się tutaj w różnych językach i napłakawszy nawet, wsiadło do powozów, zmuszając i mężów do haniebnego odwrotu.
W Lavis natychmiast krzątać się zaczęto, żeby nam podróż do Salurn ułatwić; na poczcie wszakże najsmutniejsze czekały nas wieści. Jeden koń, stara jakaś arka, która i na lwa, po dobrej drodze, niepospolitym byłaby ciężarem, a w dodatku ani kawałka woźnicy — ot wszystko, cośmy tu zastały po wczorajszym przejeździe feldmarszałka Thuna.
Poczciwy wszakże zawiadowca poczty tak był odwagą naszą przejęty, że w skok pobiegł wyprosić drugiego konia u właściciela zameczku w Lavis, a zaprzągłszy go wraz z własną szkapą do arki owej, sam na kozioł wsiadł wpośród kumów radzących, co się z nami stanie, i do Salurn nas powiózł.