Słońce już zniżać się zaczęło; ostatnie blaski jego błąkały się po górach jako duchy złote. Gejer tylko, szatańska Alpów Tyrolskich forteca, w ciemnościach stał gniewny, od słońca wyklęty, piorunowych dróg ślady na sobie noszący. Dzikość gór — niezrównana. Mchy goreją pod światło, dzikie kwiaty osypują się w szczeliny skalne. Tu by dobrze było zapomnieć o wszystkim i żyć sam na sam z jakimś wielkim szczęściem.
Tymczasem po zakrętach tej skamieniałej Tebaidy, pełnej kuszących duchów, wiozła nas arka nasza sędziwa, utykając po trosze, iż koła przednie z półwozia jakiegoś nienajlepiej dobranymi były. Co do szkapy pocztowej, było to poczciwe zwierzę, w sam raz dla turysty stworzone.
Pociągnąwszy mało wiele drobnym, gospodarskim truchcikiem, podnosiła ona łeb do góry, spoglądała melancholicznie na prawo i lewo, a jeśli jej się co pięknym wydało, stawała. Między górami Tyrolu wszędzie czarodziejstw tyle, że trudno się było spierać z nią co do trafności jej artystycznych instynktów; niemniej jednak przyznać muszę, iż trochę za często zdarzały się te chwile zachwytu i była pewna uzasadniona obawa, że zanocujemy na Bühling lub Essler, tym bardziej, że i koń z zamku rycersko stosował się do marzycielskich usposobień towarzyszki swojej i także przystawał chętnie. Wtedy szkapa nasza zakładała wielki swój, ciężki łeb na jego gibką szyję i przymrużywszy oczy, zaczynała rozkosznie drzemać. Nie śmiem utrzymywać, iż podróżując w taki sposób można objechać świat w 150 dni, że przecież wszystko musi mieć swój koniec, więc przyszła wreszcie i taka chwila, kiedy z pośrodka gór zsiadłych wystrzeliła przed nami w niebo iglica skalna, na której szczycie stał zamek Salurn — w ruinie.
Dziwnie to lekka, przezroczysta, jakby niewykończone arcydzieło — ruina. Arkady jej, na tło jasnego nieba rzucone, już zachodziły lekkim różem i pierwszymi mgłami zmierzchów liliowych; nic zapylonego, nic ciężko uszkodzonego, nic, co by trąciło rozkładem. Dzisiejszej nocy jeszcze mogłaby ruina Salurn być komnatą balową rusałek białymi stopy po rosie tańczących. Zorze zaczynały gasnąć, kiedyśmy do miasteczka wjeżdżali.
Przed nami wznosiła się idąca stromo w górę, kamienista droga, po której trzoda kóz schodziła z pastwisk dziennych.
Kozły z dzwonkami szły naprzód, łby pochylone niosąc i o ziemię racicami bijąc, za nimi jarki450 młode, w podskokach całe, lśniące, smukłe, z wielkimi przezroczystymi oczyma, potem ociężałe matki, wreszcie kozy dojne, a przy nich drobiazg beczący, przez kundysa451 pilnie zganiany.
Na samym już końcu pasterz szedł w brunatnej opończy, kapeluszu głęboko na oczy wciśniętym, na piszczałce grając przenikliwie. Cały ten obrazek tak mi się żywo w myśli wymalował, że widzę nawet złotawy pył, co się był podniósł za idącą trzodą, i dzieweczkę tę bosą, co po kozę swoją przed innymi na drogę wybiegła. A tu już arka nasza, szturchnąwszy o węgieł452 na prawo i o takiż węgieł na lewo, zatoczyła się szczęśliwie przed albergo453Bernardina Mommi, który, prócz wybitnej tuszy, tę właściwość miał, że w nocnym ubraniu wśród białego dnia przed bramą domu swego rad stawał. Zresztą wszystko było w porządku, jak miałyśmy sposobność przekonać się o tym, wszedłszy do wielkiej, o trzech oknach sali, którą nam Bernardino Mommi uprzejmie na sypialnię przeznaczył. Najmilej by nam było, co prawda, nie czekając rozkoszy tego paradnego noclegu ruszyć dalej tegoż jeszcze wieczora, ale było to niepodobieństwem.
Teraz bowiem wpadłyśmy w sam gardziel rozlewu, a poza Salurn nie stało już drogi dla wozu i koni; trzeba więc było dnia czekać, a dalej pieszo iść. Zmówiwszy tedy ludzi, którzy mieli ponieść kufry nasze, miałam dość czasu do rozejrzenia się wokoło siebie.
Pokój nasz ozdobiony był widokami natury dość zagadkowej, malowanymi wprost na murze, ot tak, od razu z ramą, czterema pociągnięciami pędzla zdziałaną. Signor Mommi junior, jak nas objaśniła usługująca dziewczyna, był twórcą obrazów tych, z których najmniej fantastyczny przedstawiał Wenecję, utopioną w dość sporej wannie, skąd tylko dwa niedźwiedzie szczęśliwie na ląd wyszły.
Na innym widać było Neapol, skopiowany z najpiękniejszej części Salurn, z dodaniem kilku porządnych kamienic, które artysta w Bozano widzieć musiał. Ciemnozielona dziewica miała tu małe rendez-vous z pomarańczowym strzelcem; zresztą wszystko było spokojnie, gdyż Wezuwiusz przeniósł się nad piec, w kącie sali stojący, i stamtąd buchał ognistym słupem dymu, aż pod strop, het, wysoko.