Jeszczem oglądała dziwaczną tę galerię, kiedy w nagle zapadającym zmierzchu błysnęło mi do oczu światełko bliskie. Była to lampka szewca z przeciwka, który siedząc przy szerokim, okno zastępującym otworze, młotkiem skórę bił i przez zęby gwizdał. Wnet porozumieliśmy się szczęśliwie i przez okno odbyli naradę, skutkiem której warszawskie obcasy naszych bucików pozostały w Salurn, a podeszwy nasze dostały jednę jeszcze skórę, ćwieczkami porządnie przybitą. Po czym, w przewidywaniu jutrzejszej podróży, położyłyśmy się spać, co wcale nie było tak łatwym, jakby się to zdawać mogło tym, co nigdy nie mieli szczęścia nocować w paradnej sali Bernardina Mommi.
Łóżka tu bowiem tak były ustawione wysoko, że wszedłszy na rusztowanie, mające trzy czy cztery schodki, trzeba było krzesło jeszcze przystawić i po nim dopiero dostać się na owo łoże, które było równie twarde, jak ogromne.
Przecież wgramoliłyśmy się jakoś szczęśliwie, zostawiwszy drzwi otworem, gdyż w tej błogosławionej krainie ani zamków, ani klamek nie ma. Gałka u drzwi do popchnięcia ich — oto wszystko.
Usnęłam prędko i mocno, ale niebawem zbudził mnie odgłos jakiś, z którego sobie sprawy zdać nie mogłam. Siadłam na posłaniu; pokój był pełen blasków miesięcznych, które trzema smugami przez okna wpadając, na podłodze i na ścianach się kładły. Za oknem słychać było śpiew męski, jednostajny, prosty, w krótkich strofach padający w ciszę.
Czy pamiętasz hejnał ten wieczorny, który halabardnicy w drugim akcie Hugonotów454 śpiewają? Otóż hejnał ten to jest pieśń stróża nocnego z Salurn, którą Meyerbeer w Tyrolu za skrzydła schwytał kędyś455. Tylko, że na żadnej scenie świata nie robi pieśń ta takiego wrażenia, jak tu, w tej mieścinie w górach zapadłej, stojącej pod pełną duchów ruiną starego zamczyska swego, o tej godzinie, wśród nocy miesięcznej, głosem pełnym prostej, głębokiej wiary śpiewana.
Tyle już czasu minęło, tyle pieśni słyszałam już odtąd, a przecież, kiedy się obudzę w noc podobną, myślę o tym dalekim śpiewaku i słyszę hejnał jego.
Nazajutrz szarym jeszcze rankiem ruszyłyśmy z Salurn piechotą.
Mgły leżały na górach, chłód był przejmujący, Adyga przewalała się w pianach mętnych, groźna choć leniwa. Rzuciwszy brzeg jej na prawo, przeszłyśmy po kładce niezbyt szeroką łachę pod tartakiem i okrążywszy miasteczko z drugiej strony, wyszły wpośród winnic cichych, obsadzonych niskim żywopłotem. Szałwie tu pachniały i lawendy, i hyzop drobny, a rosy tak było, jakby kto pereł nasuł456 między zioła. Ptaki budziły się dopiero i otrzepywały ze snu pióra, próbując pierwszych świergotów, wkrótce też rogi pastusze grać poczęły we mgłach tu, to tam, dając odzew klekotkom kóz, pasących się na wrzosach.
Góry ożyły.
Wiatr poranny przeciągnął raz i drugi, i wnet różaność złota zaczęła się przez liście klonów siać, a kiedym się obróciła ku wschodowej stronie, na kamiennym cyplu Alpów gorzało słońce.