Tak minęliśmy Kurtatsch, Tramin, Egna, po skałach jak dzikie ptactwo się gnieżdżące, po czym, zostawiwszy na prawo Neumarkt, do którego teraz nie dawała przystępu Adyga, dźwignęliśmy się z doliny Fleimser i podnieśli na górniejszą już drogę.

Tu wszakże wózek nasz tak okropnie dał mi się we znaki, żem porzuciwszy towarzyszkę moją, pieszo poczęła iść, mając po prawej ręce kapiące bluszczem i kaliną góry, a u stóp na lewo, ogromne jezioro Kaltern, po którym cienie lasów czarnych szły zasypane modrymi iskrami falującej powierzchni jego.

Poza jeziorem rozciągały się sławne winnice tutejsze i bielało na górze miasteczko, które ciągle zdawało się być bliskim, a było zawsze dalekim.

Oberża Kaltern mieszcząca się, jak zwykle w Tyrolu, na poczcie, była dnia tego niezmiernie ożywioną i gwarną, pierwszy dyliżans po długiej przerwie do Bozano szedł, Oberdanka schwytano, w Meranie ktoś się zastrzelił, pełno było wrzawy i uciechy.

Ledwośmy wśród ciżby tej kąt dla siebie znalazły, kiedy trąbka ozwała się raz i drugi, więc jak kto stał, tak się od stołu zrywał, ten do drzwi, ów do okna.

W dyliżansie — jak nabił464; na stopniach, na koźle465 wieszali się mniej wymagający pasażerowie, byle dziś jeszcze w Bozano stanąć.

Tłusty brygadier, dama w sukni wyciętej z mężem dobrodusznie uśpionym i trzech księży do Innsbrucku jadących, zajmowało miejsce przeciw nas, dając nam z siebie nieocenione widowisko. Gwarna rozmowa szła mieszanym trybem; brygadier rżnął po niemiecku, wspaniały brunet z tonsurą po włosku przyszeptywał z boku, a dama przy nim siedząca odcinała się mezzo Tedesco, e mezzo Lombardo466. Słowem wszystko było w porządku.

Zaraz za miastem droga z takiej wysokości wagę w dół poczęła brać, że trzeba było dyliżans hamulcem trzymać, żeby konie za łby nie runęły w przepaść. W powozie powstały krzyki, kobiece zwłaszcza; uważałam jednak, że towarzystwo nie było nierade zamieszaniu temu.

Zaczęliśmy się teraz przedzierać poszarpanym łańcuchem mittelsberskich Alpów, z porfirów swoich sławnych, wypadło nam góry okrążać, za suchsze podchwytywać przęsła i trzymać się ciągle między ścianą, która runąć chce, a otchłanią, w którą runąć można.

Droga to była męcząca, dla oczu nawet, które tą groźbą natury zasmucone się czuły i błądziły niespokojne po wieżycach zamków i kościołów nad przepaściami wiszących.