A tam, na wschodzie, podnosiły się ostro cięte dolomity Alpów Fassańskich i Adyga obwieszczała się hukiem złowróżbnym, dalekim.

Wieczór się zbliżał, kiedyśmy stanęliw Sigmundskron. Po lewej ręce wzburzona rzeka toczyła się, a tuż zrujnowana, zniesiona zupełnie linia kolei żelaznej, najsmutniejszy przedstawiała widok. Wszystko tu spienione, wściekłe z pasji jakiejś tajemnej. Połowa mostu wisiała jeszcze u przyczółka swego, druga połowa runęła w wodę z całym nasypem i palami. Nieco dalej sterczały szyny żelazne, w powietrzu nad rzeką wiszące, gdzie indziej woda garnęła belowinę dębową, z posad wyrwaną; słowem spustoszenie zupełne.

Tutaj czekała nas ciężka przeprawa, gdyż na drodze naszej, pomiędzy Sigmundskron a Bozano, stały zatopione sady, przez które trzeba było wiosłem drogi szukać wśród niewidzialnych pniów grusz i jabłoni.

Gromadki kobiet siedziały przed opustoszałą stacją, płacząc i o biedzie swej radząc; wylękłe dzieci spały lub na wodę patrzyły bezmyślnie. Mężczyźni hakami wyciągali belki, inni rzucali z łóżek siecie rybackie, aby pochwycić pływające jabłka i melony. Były to wody dziwne, ludzkimi łzami i krzywdą biedaków wezbrane. Z żałością też raczej niż z obawą przebyłam je, oczy mając utopione w głębinie mętnej i w smutku.

Nie było czasu wypoczywać w Bozano i zaraz z wieczora przybywszy, zaczęłyśmy się krzątać koło jutrzejszej podróży.

Teraz już naprawdę strach brał, bo przed Adygą uciec już nie sposób, tylko się trzeba biegu jej aż ku Brixen kędyś pilnować. Mówiono o całych górach w rzekę strąconych, o zapadających się mostach, po prostu o niemożliwości wydobycia się dalej z Bozano.

Doświadczenie jednak nauczyło już nas, że w takich razach właścicielom hotelu niekoniecznie wierzyć należy, i właśnie chciałam zbiec na dół dla zasięgnięcia pewniejszych jakichś wieści, kiedy na wstępie samym uderzył mnie widok niezwykły. W końcu przyćmionego trochę korytarza, wisiał na ścianie ogromny Chrystus ukrzyżowany na wielkim czarnym krzyżu, sięgającym od pułapu, aż do kamiennej podłogi, przed nim paliła się krwawym płomykiem brązowa lampa na łańcuszkach wisząca.

Przyznaję, że byłam zdumioną. Wielu bowiem rzeczy spodziewać się można w hotelu, ale najmniej — ołtarza.

Wczesnym bardzo rankiem, kiedy Bozano ze snu dopiero budzić się zaczyna, myśmy się znów już zbierały do drogi, która też miała pieszą być. Przez miasto tylko, do tunelu odwieźć miano rzeczy nasze, a potem... któż tam wiedzieć mógł, co nastąpi potem. Radziłyśmy właśnie o dalszych losach naszych w sali gościnnej na dole, kiedy podróżny jakiś, chodzący tu i tam, przemówił do nas po polsku.

Było to pierwsze polskie słowo od bardzo dawna z ust obcych słyszane. Kto był ten ziomek mój i jak się zwał, nie wiem, bo nam się poznać nie przyszło; jeżeli przecież kartki te wpadną mu kiedy w ręce, niech wie, żem ja miała wtedy błogą chwilę, słuchając mowy polskiej na dalekiej ziemi.