Kawał już było z południa, kiedyśmy się do Atzwang dobili, kędy też strumień jakiś wielkiego wichrzyciela i rewolucjonistę udawał, przeskoczywszy aż trzy kładki i stargawszy babom konopie. Hans Michael powiedział mi, że to jest Finsterbach, a mówiąc to, miał w oczach błyski i uśmiech.
Na kamieniach siedząc przydrożnych, doczekaliśmy się wreszcie i reszty gromadki naszej, i tak już razem do miasteczkaśmy się dowlekli469, gdzie nam w altanie podała obiad świeża jak śnieg górski Julchen, znajoma Hansa mego, któremu też z lekkim okrzykiem zadziwienia przyszła uścisnąć rękę. Hans Michael w milczeniu dłonie jej ujął i w długim uścisku trzymał, a potem powiedział tylko Mädchen!470... i umilkł.
Zrozumiałam teraz, dlaczego nieśliśmy sami kufer i nie chcieliśmy w drodze odpoczywać, i byliśmy tu wcześniej niż inni. Hans Michael byłby tak może do wieczora stał, nie czując nawet zmęczenia, ale Julchen pierzchnęła nagle, odwołana głosem gospodyni, gdyż przed oberżę, która była i pocztą zarazem, zatoczył się powozik jednokonny z parą żółtych butów ze sztylpami i dodanym do nich Anglikiem.
Najpierw ukazał się but lewy, potem kawał płóciennego chałata, potem but prawy... ale nie, nie mam czasu przypatrywać się Anglikowi temu! On przyjechał — a więc tam jest droga! W chwilkę potem wszystko już było umówione. Powozik przybywał z Klausen i powracał tam, zabierając nas z sobą.
Wprawdzie był on tak szczupłym, że kufry nasze pomieścić się na nim nie chciały; jeden ciągnął nas i przechylał w tył, drugi nam na kolana spadał. No, ale bądź jak bądź, nie było to przynajmniej piechotą.
Najwięcej wątpliwości przedstawiał woźnica.
Był to czternastoletni Alois Flinks, syn mieszczanina z Klausen, do którego należał i koń, i powozik. Alois Flinks skończył wprawdzie cztery klasy w normalnej szkole miejskiej, ale tak był mały i drobny, że aż strach brał pomyśleć, jak się ten dzieciak na taką drogę waży. Przecież ważył się — i my z nim.
Deszcz ustał trochę, niebo wyjaśniło się na zachód. Przed nami pełne winnic podgórza opadały ku cichej dolinie, rozjaśnionej błogim latem plonów, których Adyga nie śmiała tknąć, bokiem się kędyś wygiąwszy. Na miękkich stokach bieliły się wioski utulone w zieleni, jako łabędzie śpiące.
Gniazdo jakieś rycerskie na straży doliny tej stało, wybrawszy sobie na posadę najwyższej góry szczyt. Alois Flinks powiedział nam, że to jest Frostburg, zamek hrabiów Wolkenstein. Kilka ostatnich promieni słońca gasło cicho na skraju tej czarodziejskiej doliny, kiedy naraz góry dźwignęły się groźnie i przystąpiły bliżej, i zsunęły porfirowe ściany, i pokazały nam w nagłym zmierzchu posępne swoje oblicza.
Wnet też i rzeka huczeć poczęła głucho, gwałtownie wyprężywszy się ku nam, i napełniła złowrogim łoskotem cały wąwóz, który zamykał dolinę ową cichą.