Jeszcześmy się nie mogły obaczyć w tej nagłej zmianie, kiedy Alois Flinks obrócił się ku nam w milczeniu, a potem powstał z kozła i z całej siły zaciął konia, który parskał i cofał się, wszystkie cztery kopyta zbierając razem.
Chciałam krzyknąć, ale już było za późno.
Szum, trzask, huk ogłuszył mnie zupełnie, stalowe bicze wody spadły na nas potopem całym, zrobiło się ciemno jak w nocy. Co to było — nie wiem.
Pamiętam tylko, że w chwili, kiedy mi się zdawało, że jakaś przepaść nas pochłania, poczułam nagle świeżą woń malin dzikich w zbylczyckim lasku, w jarze rosnących. A kiedy się opamiętałam wreszcie, kilku robotników otaczało powozik nasz wodą zalany, a jeden z nich wstrzymywał za uzdę zastraszonego konia, który zrywał się, parskał i uszami strzygł. Z zapalczywej ich mowy tyle tylko na razie wyrozumieć mogłam, że grożą chłopcu, który też blady był jak płótno i czapki na głowie nie miał.
Spojrzałam.
Za nami z prostopadłej skalnej ściany rzucał się strumień... nie, cała rzeka wody, która szaloną kataraktą przeskakiwała wąską, miejscami powyrywaną drogę i spadała z nierównym pędem wprost w Adygę, prawie na poziomie drogi otwierającą przepaści swoje. Jakeśmy to przebyć mogli, jakim sposobem ten wodospad straszliwy nie zmiótł nas, nie porwał z sobą do rzeki — nie pojmuję. Zuchwalstwo jakieś zbawiło nas albo też ciężkie kufry dodały wagi lekkiemu wózkowi naszemu, a tak przecież fatałaszki kobiece choć raz się na coś przydały.
W ciszy i osłupieniu jakimś przybyliśmy do Klausen i tu, nie wysiadając nawet z powozu, przestali godzinę jakąś na ulicy, podczas gdy Alois Flinks, opowiedziawszy ojcu, że podróżnych dalej jeszcze wiezie, konia swego bułką w czerwonym winie maczaną z ręki pasł. Po czym przy ostatnich dnia blaskach puściliśmy się dalej, ku Brixen drogą, która też roztoczyła się przed nami spokojniej, równiej, pozwalając odetchnąć nam po przebytych wzruszeniach uroczystą ciszą alpejskiej nocy.
11
Nocleg w Brixen — Nasz sąsiad — Hausknecht — Komenda burszów — Poranek — Brenner — Kufstein i Salzburg — Na mgle — Wiedeń — Nasza ziemia.
Nie wiem, co to za szatan złośliwy, płatający figle podróżnym, rezyduje w hotelu Zum goldenen Kreuz471 w Brixen — choć właściwie nie powinno być dla niego miejsca w świątobliwym książęco-biskupim grodzie, ale to wiem, że dał się on nam porządnie we znaki.