A drogą szedł góral smagły z przerzuconym przez ramię workiem i prowadził kozę z koźlęciem, śpiewając wesołego jodlera.
Nim jasność przebłysła, widziałam w blaskach zachodnich świecącą klamrę jego kapelusza, trzy rzędy guzików jego spencera i fajkę nabitą ćwieczkami. Z boku na lewo tłukły się dymy sine, a u ogniska, iż dzień był chłodny, grzało się kilkoro chłopiąt i pokurć494 owczarski.
I nagle przypomniała mi się wioska nasza i dział pod Grodziskiem, i żuraw, co tam rankiem na mokradła spadał, cały w zorzach i w rosach, i pies od Pietrycha, i konie spętane Bugaja, i Antek Maryśki w zgrzebnej koszulinie — i droga za Zimną Górę...
Hej, hej! Czemu ja tutaj?... Czemu tam wszystko?
Nocą już prawie wysrebrzył się ku nam Dunaj siny i Wiedeń stanął przed nami w mnogości świateł swego południowego dworca. Ale mnie tam inne błyski od Kahlenberga przez duszę szły — błyski szabel polskich. Pięć dni przypatrywałam się Wiedniowi.
Były to godziny zadumy spędzone w wielkiej jego gotyckiej katedrze i godziny włóczęgi po Ringach495, przedmieściach, ogrodach, teatrach, po czym rozstałam się pewnego wieczora z miłą towarzyszką moją, gdyż droga jej szła na zachód, a moja — na północ.
Przebywając wśród cichej nocy jesiennej znaną mi już od Linzu krainę, zauważyłam, że na każdej stacji słychać było jakąś bałamutną muzykę, ni to smętną, ni to wesołą, coś niby dumki, i niby hołubce, i śmiech — i płacz razem.
Nasłuchawszy się tego łaskotliwego grania, zasnęłam.
Naraz, za Przyrowem już jakoś, zbudził mnie lament głośny.