Człowiek poszedł tam między nie i na kark góry jarzmo z żelaza wtłoczył, i dzieło to swoje nazwał Brennerjoch. Wieczny tu chłód i mgła, i zachmurzenie góry w jeństwo wziętej, która też działem wód dla Tyrolu jest i rozsyła jedne na południe do Adriatyku, a drugie do Morza Czarnego na północ. Sill, Adyga, Eisak, Inn plączą się pod nim jako nitki srebrne; szumy ich u podnóża przepadły kędyś488.

Brenner, to był najwyższy i ostatni punkt, z którego swobodnie dano mi było patrzeć na świat w złocie i purpurze stojący. Spadliśmy potem przez Gries, Steinach i Mattrei do Innsbrucku, skąd się już zaczęła ta zwykła, porządna, mieszczańska podróż, w czasie której sąsiad z lewej o pogodzie mówi, a sąsiadka z prawej zimną swoją i znudzoną twarzą zabija w tobie wszelką władzę wzruszeń. Szczęśliwyś, jeśli miejsce przy oknie masz, a odwróciwszy głowę, możesz myśli własne prząść i puszczać je, jak czółenko nawinięte nitką złotą, po olbrzymim postawie489 przyrody.

Cóż powiem więcej?

Widziałam Kufstein na pikiecie, jak żołnierz stojący, widziałam Salzburg, zbrojny w średniowieczną kolczugę swych murów, wznoszący wieżę katedry swojej — jak kopię ku niebu, ale jakoż podziwiać je miałam, kiedy tam, dalej podnosiły się przede mną budowania Boże, którym piorun cieślą był, a rysownikiem błyskawica sina. Odjęta jest teraz ręka ich, ale po ognistych rysach gmachu znasz, jakiego cechu pracownicy byli.

Turnie na turniach stoją i w przepaście patrzą, jakoby tu mocarz jakiś wielki przed wiekami twierdzę miał, żeby duchy na łańcuch brać i życie tłumić. Aż kiedy zobaczył, że ze szczeliny skalnej puścił się kwiat dziki i że przylatują tam ptaki powietrzne, aby śpiewały swobody pieśń, porzucił z hukiem wielkim i z przekleństwem warownie swoje i zaszedł w noc i w cień.

A teraz tylko olbrzymim mrokiem po wąwozach górskich się włóczy i tumanem wód lecących w oczy bije, i słońce by zdmuchnąć rad — jeno490, że mu wysoko.

Około południa jakoś rozwlokły się chmurzyska dżdżyste, dalekie horyzonty zatarły się bez śladu, a góry we mgłach stojące były jak te pomysły z gliny lepione, na które rzeźbiarz mokrą płachtę zarzuca, odchodząc. Gdy wróci — nieśmiertelna piękność z nich wybłyśnie, lecz teraz głuche są i martwe. Miasta i wioski, ponad którymi przelatywaliśmy z pośpiechem, wyglądały jak ślepce przy drodze siedzące albo jak kominy, co dymią na słotę.

Z poręby oczadziałej torfowymi pary słychać było stuk siekier niewidzialnych drwalów i zgrzyty mglistych pił, chwytających zębem potężne sosny tyrolskie.

Wyżej, na wąskim burcie, siedział chłopak płachtą okryty i świstał jak trznadel; przy nim dwa białe pasące się wólce491 puszczały ciepłe tchy z wilgotnych nozdrzy. Pod zachód dopiero rozbłysło trochę powietrza, a lekkie przygaje492, jak arabeski rzucone po łagodnych stokach nad Nordsee i Prien, mieniły się w słońcu jesiennym — od srebrzystej zieloności i różu, aż do złota i ciemnej czerwieni.

Z daleka widać było zaśnieżone rajhenhalskie czuby, a niżej Rosenheim stał w ciszy dolin swoich i chat podleśnych, i przejrzystych stawów. Pod nami, het, na dole, ciągnęła się droga wiejska wzdłuż pól kukurydzowych i podorów493 jesiennych idąca.