Nie było nawet czasu rozśmiać się z tej przygody, zawołałam tedy na knechta, żeby się odział i poniósł za nami drobiazgi nasze podróżne, ale ten machnął obojętnie ręką i otworzywszy bramę, poszedł przed nami, jak stał, w bardzo silnym negliżu, mrucząc sobie pod nosem:

Wenn die Damen so etwas in Eile nehmen...483

Bez tchu prawie dobiegłyśmy do dworca kolei, a tu już komenda jakaś ostra na peronie szła. Myślałam, że jest obyczajem w Brixen posługiwać się nią zamiast dzwonka, ale podszedłszy bliżej, przekonałam się, że byli to dwaj lustige Bursche484, z których jeden bębnił kijem po tłumoczku, wołając:

Trettner, trettner, kil-lo-lo-mettner.

A drugi odpowiadał mu basem:

Wer hat ein Zweck, der nimm’ sein Weg!485

Jakoż czas na to był najwyższy; kasjer zamykał już okienko, trzeci dzwonek słyszeć się dawał. Chwyciwszy tedy bilety, rzuciłyśmy się do wagonu, zabite przez pół, oszołomione, to tylko wiedząc, że nareszcie naprawdę jedziemy.

Nad Franzensfeste mrok nocy jeszcze stał, w puklerzu z czarnych chmur i w hełmie stalowym. I nad Grosstein i Freienfeld stał tak jeszcze, olbrzymi cień swój rzucając na ruiny Thumburg i na Eisack drżący.

Potem dopiero zaczęły mu z hełmu tego mgliste pióra wiać i w kolorach zorzeć, a pancerz jego rozjaśniał się stopniowo i widać było, że w rubiny sadzon jest. A zaraz też i rusałki te, co na skałach pod Gossensass siedziały, zaczęły włosy czesać w obrzasku486 dziennym i perły z nich suć487 w wodospady, które się cicho z gór siały w powietrzu chłodnym.

A tu już biegły tunele owe sławne, co z ciemności w ciemność cię pędzą, i spadki gwałtowne, i nagłe pędy w górę, które nas wyrzucały coraz wyżej, przez Sterzing, Pflersch, Schelleberg, aż na Brenner, po którym chmury chodzą i tęcze się kładą po burzy.