Jest miejsce ciche, otwarte, ku górom lekko dźwignięte, z którego jak ptak z obłoku możesz spojrzeć i w dolinę tę alpejską, gdzie Ischl się gnieździ biało a zielono, i w góry, które wokoło gniazda tego obsiadły.

To Sterzens Abendsitze, ostatnia strażnica dnia i pierwsza strażnica nocy.

Kilka drzew zeszło się tam kiedyś, jako drobne płonki jeszcze, i stanęły zapatrzone, i wrosły w ziemię, i zaczęły szumieć z podziwu, i po dziś dzień stoją tak jeszcze, i patrzą, i szumią.

Idź tam pod wieczór dnia pogodnego i pozwól tym szumom kołysać myśl twoją. Czy widzisz tę łunę na wschodzie? To Alpy płoną. Skalne przyciosy pławią się spodem w rozgorzałych fioletów łunie, wyższe budowania a zręby w alpejskiej zorzy stoją jak w purpurze jasnej, a szczyty, otchnione różowo-złotych świateł tumanem, zdają się rozwiewać w czarodziejskie przezrocza jakieś.

Wszelka płaszczyzna, wszelki kant na swój ład jasność odbija; łuny grają ci w oczach wszystkimi tonami światła. Natężają się, rosną, buchają potężnym żarów akordem, a potem mdleją i cichną jak pieśń konająca.

Takie płomienie Alp poprzedza jakaś nagła cisza w naturze. Drzewa przestają szumieć, ptactwo waży się na skrzydłach bez ruchu i głosu, trzody stają i patrzą ku górom, nieme, rzekłbyś, zadumane, a wodospady wiszą drżące, srebrem ścięte, nie śmiejąc trącić szklanych strun swych lutni. I tobie zorza alpejska kładzie na ustach swój płomień siny, i ty czujesz jej ognie na twarzy, w piersiach, w źrenicach, i patrzysz, patrzysz...

Tam! Widzisz te wieże a iglice71, z różowych alabastrów dźwignięte? To Dachstein.

Starzec to siwy i zmrożony wiecznie, a przecież w takiej chwili krew mu w żyłach krąży widocznie.

Sto wieków kipiał w błękity, sto wieków tężał w szkielet granitowy, a kto liczył dni jego, odkąd w śniegach i w lodach stoi i patrzy w dolinę?

A tam, na prawo, gore szczyt synajski i na potrzaskanym swym czole niesie ogniste tablice zakonu.