Chwilę jeszcze można widzieć płomienne ich zgłoski, potem powietrze ciemnieje, gęstnie; szczyty, zbliżone natężeniem światła, usuwają się w mroki i zmierzchy; złote pyły, niosące się od rozgrzanych turni ku przeciwległych gór gniazdom, zachodzą cieniem lekkim, liliowym, a z doliny wstają mgły sine i tchem chłodnym na czoło ci biją.
Alpy gasną.
Tymczasem zakipiały podgórskie łąki ruchem przedwieczornym, pośpiesznym.
Słychać gdzie kosy, gdzie grabie, gdzie skrzypienie wozów ciągnionych przez woły siwe, słychać nawet śmiech i rozmowy; tylko nie słychać pieśni.
Pieśń... to Słowianka rodem.
Tutaj uwija się góral przy pracy, aż pot mu kipi z czoła, spluwa, śmieje się, pali fajkę, mamrocze nawet sam do siebie, jeśli nie ma z kim gadać, ale nie śpiewa.
Hej! Hej! Gdzie ty, pieśni nasza wioskowa, niosąca się po łąkach skoszonych, po rosie, po chłodnej?... Cicho! Wiatr wschodni echa jakieś niesie...
A po tej rzece płyną łabędzie,
Jeno je woda garnie,
Oj, pójdziesz we świat Jasieńku miły,