O Lenau98, o pieśniarzu smętny! Tyś mógł, zaiste, patrząc na te wody chmurne, śpiewać pieśni łez pełne, od których echa drżały aż przy Wiśle kędyś99!

Jużeśmy byli w połowie drogi niemal, kiedy przez ten zmierzch perłowy zaczęło się przesiewać — jakoby księżycowe — światło, a w tej przyćmionej jasności dźwignął się przed oczyma olbrzymi Sonnenstein.

Tytan snadź100 jakiś walczył tym odłamem zgaszonego słońca i porzucił tutaj tę maczugę swoją, sterczącą wrogo przeciw błękitom wspomnieniem wiekuistego rozterku. Dalej... na wyrwie skalnej, wysypanej w samą gardziel jeziora, przebłysnął Traunkirchen, ze starym kościółkiem swoim i białymi domkami, a jeszcze dalej Traunstein, kipiący w górę iglicą zuchwałą, rozszczepioną na dwoje, którą jak urzeczony, obracał za nami po zakrętach brzeżnych, świecąc nań urokiem swoim wskroś tumanów mglistych.

Tymczasem wiatr wschodni poruszył wody jeziora i plusnął nimi o skały, i napiął obwisłych mgieł żagle, i pchnął je precz od siebie, i odkrył szmatek błękitu. A tuż doleciały nas gwary i okrzyki, i obtarły się o nas tratwy, wiozące z Ebensee do Linzu sól, wywarzoną z jezior tutejszych. Białe, drobne mewki błysnęły lotem skośnym ku wodnej głębinie, a niepewny promień słońca przyszedł nam oświecić przystań w chwili, kiedy barczysty przewoźnik krzyknął: — Halt da!101 — i zarzucił sznury na pomost.

Samo miasteczko z daleka tylko oczy porywa ku sobie wdzięcznym ugrupowaniem swoim, esplanadą, tarasami i widniejącą w dali rezydencją ekskrólów hanowerskich, gdzie kalina rozwiesza teraz jagód swoich purpurę, a dąb siwy jest heroldem jedynym.

Z bliska widziane Gmunden traci wiele ze swoich uroków, a kto przebiegł park i Most Maryi, spod którego Trauna wyrywa się, hucząc, w białych pianach cała, ten może — bez wielkiego wyrzutu sumienia — odwrócić się plecami do wykwintnych hoteli i patrzeć na jezioro, mglistych tchów pełne, na łabędzie, ważące się na śniegu rozwianych swych puchów, i na tę młodą wioślarkę, co całą siłą obnażonych ramion odbija łódź lekką od brzegu.

Okoliczne góry czarodziejstw są pono102 pełne, ale ich w krótkiej wycieczce zwiedzić nie miałam czasu.

Nie sądź jednak, że dość opuścić Gmunden, aby się od mgły tej uwolnić. Goni cię ona aż do Ischlu i tu zamienia się w deszcz drobny, uparty, z przestankami103 po całych dniach płaczący. Takie dnie dżdżyste są największym utrapieniem tutejszego pięknego świata.

Po prostu nie ma co robić wtedy. Genialne kombinacje świeżych toalet upadają bez ratunku: „Ferencz” występuje wieczorem dopiero, hotele i sklepy ziewają, istna rozpacz. Z nudów tedy piękne panie zmuszone są chwycić się lektury. Biada ci jednak, spokojny człowieku, jeśliś i ty w dniu takim, umyślił zajść do czytelni.

Zaledwieś bowiem wyszukał sobie kąt cichy, gdy słyszysz w progu szelesty, śmiechy i głośną rozmowę. Drzwi otwierają się i zamykają z drażniącym łoskotem, a najpiękniejsze z istot stworzonych wkraczają zwycięsko do salonu. Zgubionym jesteś, jeśli zamiast złożyć natychmiast gazetę i oddać się kontemplacji ich wdzięków, usiłujesz dalej zrozumieć to, co czytasz. „Najpiękniejsze” potrącają krzesło, na którym siedzisz, gazetę, która ci przeszkadza podziwiać ich uroki, przewracają parasol, któryś postawił przy sobie; wszystkie, najcięższego nawet kalibru, dzienniki zamieniają w „Fliegende Blätter”104, a strąciwszy ze stołu twój kapelusz mówią ci: excusez105 i rzucają się na kanapkę, aby śmiać się z twoich okularów i łysiny, jeśli masz łysinę albo okulary. Przypuszczam, że bierzesz na kieł106i czytasz dalej. Wówczas wysuwa się z kąta mały, chudy człowieczek, strzepując z palców resztki tabaki. Nie lękaj się, to nikt obcy, co by ci mógł przeszkodzić; to owszem stróż porządku w czytelni, typ bardzo zbliżony do naszych woźnych, zresztą zupełnie niewinny. Kaszle, krząka, szurga nogami i zaczyna robić „porządek”.