Dzwonki trzód niewidzialnych klekotały głucho z głębi łąk w oparach stojących, a hukania pastusze tępo szły w powietrze, wilgocią jak gąbka nabrane, i tonęły w nim bez echa, bez rozgłosu.
Wskroś mgły tej, wskroś tych oparów, przelatywał nasz Akteon, sapiąc i dysząc ciężko. Góry zabiegały mu drogę to z lewej, to z prawej strony; przebijał je tedy94 głową, wpadał w tunele, warczał i wyrywał się na dzień boży, pędząc przed sobą wilgotne kłębiska pary gęstej, a za sobą wlokąc dymy gryzące, aż wypuściwszy ducha w długim poświście, wysypał w Ebensee garść wędrowców, która się też zaraz na kupki rozbiła, szukając — kto łodzi, kto miejsca na statku. W jednej z kupek takich zauważyłam pięknego bruneta, prawiącego coś z wielkim ferworem ślicznej, młodej chichotce, która śmiejąc się, przechylała w tył główkę, obciążoną grubymi warkoczami, i pokazywała białą szyjkę o niebieskich, drgających żyłkach. Wielki kapelusz rzucał cień głęboki na jej delikatną twarzyczkę, błyskawicznie oświetloną białymi ząbkami i ciemnym ogniem źrenic, sypiących iskry spod długich rzęs. Tak się zapatrzyłam na młodość tę i na tę urodę, że zbudziło mnie dopiero posłyszane w pobliżu słowo polskie. Para staruszków, jak gołębie siwych, szła, swarząc się95 z ukraińska, mocno widać zirytowana, ale równie mocno trzymająca się siebie.
— Cóż mi tam jejmość raz w raz z tą flanelą wyjeżdżasz? — mówił jegomość rozczerwieniony i zły widać setnie. — Myśleć kto gotów, żem jaki niedołęga czy co u kata?
— Taże wilgoć, a to i drze po kościach — broniła się starowina.
— Gdzie drze? Kogo drze? Co się jejmość cudzymi sprawami zajmuje? To czysta szykana!...
I podreptali ku wyjściu, on głośno stukając laską, ona markotna i trzęsąca głową.
A tuż, tuż za stacją rozlewało się jezioro ogromne, mglistym tumanem nakryte, dymiące z kotlin tajemnych, jakoby z kuźnic zaklętych, zatopionych tu przed wiekami. Zdawało się, że łódź, co się tam waży, po wrzątku pójdzie — taka para szła z głębiny tej wodnej, pełnej majaków dziwnych, bezładnie z sobą splątanych. U brzegowiska rozlegały się strome ściany skalne i rozsypały się wyrwy odwieczne, a wodospady, hucząc głucho we mgłach, leciały niewidzialne, groźne, ziejące kłębami zgęszczonych oparów.
Łodzie, co odbijały z przystani, przemajaczone tumanem, roztrącanym i łączącym się za każdym uderzeniem wiosła, sunęły ciche, bez plusku, jakby cienie dantejskie, a rybak, co ciągnął u brzegów swą zdobycz, wydawał się potępieńcem mglistym, łowiącym w sieci srebrny dech jeziora. Ziew jakiś, pełen nudy i troski, szedł między niebem a ziemią, co stały przeciw sobie zadumane, posępne, niewiedzące czego się jąć. Trącone łodzią, wody jeziorne kołysały się przez chwilę na piastach swoich z osłupieniem, gwałtem z bezruchu wyparte, a potem znów wracały do martwoty swojej.
Jeżeliś wzrok puścił w górę, widzieć mogłeś nad głową jezioro mgieł wiszących, jeśliś go zasię96 w dół puścił, ujrzałeś pod burtem swej łodzi skały brzeżne, trzonami w górę wywrócone, jakoby się świat na nice97 brał, a na głowie stawał.
I przedtem, i potem, widziałam wiele wód żywych, niosących się w szumach i blaskach słonecznych, ale nigdy nie zapomnę jeziora tego, utopionego we mgłach beznadziejnych.