Johann w tej chwili właśnie wywracał pysznego kozła.

Kędzierzawa głowina i dwie bose stopy błysnęły naraz w powietrzu, po czym wszystko przepadło kędyś bez wieści za płotem.

Obawiam się mocno, że imię Boże nadaremnie w tym wypadku wezwane zostało.

A za rzeką, wzdłuż skalnych gniazd Kaiserbergu, ciągnęły wozy z drzewem od lasu. Nie znam większych malkontentów na świecie jak wozy takie. Skrzypi to, piszczy, jęczy, skarży się bez żadnej folgi122.

Łańcuchami go zepniesz — gorzej jeszcze. Koń — oto mi filozof na takie rzeczy. Owsa nie wąchnął, zgrzebła nie widział, a przecież idzie stoicko pod górę, wciągnąwszy w siebie boki schudzone, sierzchółów123 pełne, rzemieniem otarte i wnurzywszy w ziemię łeb ciężki. Koło ucha wystrzępionego krwawo i oblężonego przez muchy wetknął mu gospodarz za wozem idący wesołą wiechę zieloną; ironia ta nie miesza go wcale.

Wóz skrzypi, konisko ciągnie, a góral potrzaskuje krótkim batem i z fajeczki pyka.

Hej, szkapo mazowiecka, nie masz się co skarżyć!

Z dawna już słyszałam o jeziorze Nusselsee, jeziorze tak małym, że w porównaniu z takim Attersee albo i Gmunden, łupiną orzecha jest prawie; odzyskawszy też trochę sił, postanowiłam odwiedzić je pieszo. Droga wprawdzie nieznaną mi była, ale o to kłopot tu najmniejszy.

Przed domostwem w Ahomort rąbał drwa dziad zgięty we dwoje. Garść tylko siwych włosów miał na głowie, pierś zaklęsłą, dychawiczną124, kamizelkę łataną; chude, bose nogi tkwiły mu w drewnianych sandałach.

Wyschłymi rękoma podnosił on siekierę nad głową i opuszczał ją z głośnym stęknięciem. Kiedyś słuchał, nie wiedziałeś, co jęczy: drewno, siekiera czy człowiek. Choćby jęczało wszystko troje, zaiste, nie byłoby mi dziwno.