Kiedym go zagadnęła, czy by mi przewodnikiem do Nusselsee być chciał, dziad nieco głowę podniósł, siekierę w rozszczepionym zostawując polanie125.

Popatrzał na mnie, popatrzał w słońce i już mi coś odrzec się zbierał, kiedy z izby buchnął swarliwy głos kobiecy.

— Hans Peter! A co, odpoczywacie? Do wieczora jeszcze daleko!

Stary głowę w ramiona wnurzył, jakoby się wskróś ziemi przepaść chciał, a podjąwszy polano, o ligar126 na trzaski je rozbił.

W progu stanęła gospodyni. Gdyby w nocy, sądziłbyś, że miesiąc wszedł — taką pełnią świeciła z dala twarz jej czerwona.

Wytoczyłam sprawę o Nusselsee; poszło jej to jakoś po sercu.

Fuknęła też od razu na starego, czemu siekiery nie kładzie, a potem do izby weszła, a wyniósłszy piękny czerwony parasol, zielonym sznurkiem związany, poczęła się rozwodzić, jako to jest miłosierdzie boże, iż deszcz dzisiaj nie pada. Dziad tymczasem złożył drewka, zgarnął wióry, siekierę do sionki127 wniósł i spencer128 na grzbiet wciągnął. Po czym sięgnął nad odźwierek129, zdjął fajkę z krótkim cybuszkiem130, wytrząsnął ją, przedmuchnął — i gotów stanął do drogi.

Przez las my poszli, w górę się wziąwszy, od siebie.

A las to był na bagniskach stojący, pełny źródlisk podskórnych, mchów brunatnych i trzęsawicy grząskiej. Szelesty poników biły z dala i łomoty trzaskających gałęzi borem szły, jakoby się drzewa za łby po gąszczach wodziły. Pełno w nim było ścieżek mylnych, przygodnie wydeptanych delikatną racicą sarny, ku zdrojowiskom, ku polankom świeżym przebierającej się z gęstwiny.

Byłać tam i dla ludzi drożyna131, a nie tyle drożyna, co jar strumienisty, kędy wody świeżo po deszczach szły, opłukując żwiry a kamyki ostre. Pod górę trzeba się było jarem tym piąć, z kamienia na kamień brać — i ostro trzymać jakoby na ślizgawicy jakiej.