Za nami, przed nami i w pobok jedlice stały gęste, jaśniejszym przerzucone grabem, a zbite ich korzenie, grudą się pod nogami ścieląc, nie pomagały do drogi. Od chwili do chwili, tam gdzie las rzedniał, nagła błękitność wśród drzew się rozlewała, a po skrajach plątały się złote nici blasków słonecznych, skośno już nad ziemią idących.

Wprędce też zmierzch począł się robić od gąszczu onego i ledwo się domyślać można było słońca, które za ścianą lasu na zachodzie gorzało.

Zrazu gawędziliśmy oboje. Hans Peter był rodem z Gossenau, ze swoich nie miał już nikogo; w Ahom za posługę łyżkę jadła miał i na noc przytulenie w obórce; a kiedy mu tam roboty brakło do Perneg szedł, żwiry taczką wozić i przez arfy132 je siać na gościńcu. Opowiedziawszy mi to, starowina sam do siebie mamrotać coś począł, a we mnie też zagadały własne myśli moje. A tak szliśmy w milczeniu prawie. Jar nasz wyprowadził nas na wyżynę, potem znów w kępy zapadłe, kędy żaden głos życia nie dolatywał.

Dzikość miejsca była niezrównanej piękności. Na oparzeliskach puściły się wilcze łyka, naparstnice i bluszcze, którymi cały las kapać się zdawał. Skalne odłamy tkwiły wśród bluszczów tych, jakoby na wielkim, rozbitym mogilniku133 leżące.

Nie było tu ptaka, co by pieśnią ciszę potrącał i skrzydła na tych zmierzchach kładł; nie było powiewu, co by ją mącił; Hans Peter nawet zamilkł zupełnie. Aż tu naraz — jasno się zrobiło wokoło. Las cofnął się w siebie i zwinął jak czarna wstęga, odsłaniając przed nami stoczystość łagodną, od traw świeżych miękką, zstępującą ku dolinie zalanej różowym światłem zachodu. Kilka dębów starych, rosochatych stało tu jakoby na wiecu radzący, a pod nimi krokusy liliowe otwierały subtelne swoje kielichy.

Stanęłam tu i spojrzałam, spojrzałam i o mały włos, że się staremu Hansowi nie rzuciłam na szyję — tak pięknie tu było! Przede mną, tuż u nóg moich, srebrna toń jeziora drżała lekko w łunach zórz gasnących, jakby w nią kto różowych gwiazd nasypał.

Czarny Rabennest i Lorsberg, posępną zielonością odwiecznych świerków odziany, stały tam, patrząc w tę szybę wodną — jakoby w żywą źrenicę, w której się palą duszy promienie. Z trzech stron skały zamknęły do jeziora przystęp; z czwartej — dolina owa dawała mu wolny dech na świat boży. Po szczytach Rabennestu paliły się jeszcze ostatnie dnia blaski, odrzucając potężne cienie; wszystko tu było ostre, skłócone z sobą; harde linie łamały się z sobą jakoby kark kręciły. W blaskach tych, na najwyższej iglicy, zarysowała się przez chwilę nieruchoma postać kozy; stanęła z głową odwróconą ku zachodowi, a potem przebłysła samym środkiem ognistej strugi światła i przepadła w jarach tajemnych.

Gdym oczy upojone zdjęła z skał tych czoła, jeziorko moje ciche już było zagasło134 i zachodziło tchem nocy.

A od lasu wybłękitniał się wschód i księżyc wstępował na rozjaśnione powietrze, i widać było, jak się chmurki leciuchne, srebrem szyte, do snu po górach kładły.

Wiekuistego piękna duch szedł z tajemniczych państw swoich i stawał groźny na skałach, i sine gwiazdy kładł im na czoła.