Nie przeszumiały zdroje, kaskady z gór nie spadły; woń samotności, woń zadumań cichych, biła na mnie z każdego jaru, z każdego załomu, po których chodziły oczy moje, ucząc się kształtów ich i świateł, i cieniów — a jakoż mi żal być nie miało.

Mieszkańcowi równin jest przyroda matką karmicielką, z łonem płodnym, z poważnym a jednostajnym obliczem; tu, w górach, jest ona człowiekowi kochanką piękną, a kapryśną, której pieszczota upaja urokiem niezrównanej świeżości i siły.

Tu cię ona opasze uściskiem horyzontów zwężonych, które cię obejmą i tulić się będą do ciebie, na piersiach kładąc ci chmury, a na ustach różowy płomień zorzy alpejskiej. Tu, przed oczyma twymi jak włosów płaszcz, rozrzuci po ramionach góry las ciemny; tu ci się kryć będzie za mgły i srebrne zasłony i hukać, i pluskać się, i wabić jak rusałka w strumieniach chłodnych.

Coś namiętnego chwytasz w piersi i z każdym odetchnieniem puls życia czujesz w ziemi, którą depce stopa twoja, i słyszysz szelest skrzydeł własnej duszy.

Ostatnie dnie pobytu mego w Ischlu przebłysły mi na żegnaniu ulubionych zakątków po górach i lasach. Zachodziła jesień. Wrzosy zakwitały różowo, zieloność drzew mienić się poczynała, konopie wyziewały wieczorami przenikliwe wonie. Na Hochjochu, na Langewandzie, na Rasbergu, na Jägerze gęste strzały biły co dnia, pod noc zwłaszcza albo świtaniem.

Przed domostwami słychać było stuk siekiery, obrąbującej z korzeni wykarczowane wiosną pnie smolne; nad rzeką zbijano pośpiesznie tratwy; szluza „Choryńskiego” huczała, spławiając lasy; starsza dziatwa ciągnęła z wózkiem na zbieraninę suszu i mchów do utykania obórek a szop157 rozlicznych. Grube trawy, na wpół przewiędłe, chwytano o południu na świeżą paszę; u okien suszyły się pęczki mietlic srebrzystych, pełnych siemienia dla domowych czyżów, piegży i rudzików. Ogarniano się, tulono, gromadzono skrzętnie zapasy.

Miasteczko pustoszało także. W hotelach kelnerzy ziewali przed bramą, nie mając obsługiwać kogo; w willi Sikingen szwajcar, zrzuciwszy liberią, kosił z nudów trawnik zarosły; handlarze ogłaszali wielkie wyprzedaże małych towarów, letnie mieszkanie arcyksięcia Rudolfa stało pustką, a kto chciał stracić guldena, mógł obejrzeć seledynowe kotary sypialni i spróbować fortepianu w salonie. Wszystko to były znaki czasu.

Tymczasem góry moje i lasy, jakoby też nierade z odejścia mojego, zaczęły się czegoś chmurzyć, kwasić, zasępiać mgłą siną. Dymy z nich wieczorami szły i zmarszczenie jakieś; Rettenbach huczał gniewnie; Dachstein, widny z zachodniej Sterzena strażnicy, chmurami się odział i na świat patrzeć nie chciał; świerkowe lasy wpadały w długie zadumania, stojąc dniami całymi bez tchu, bez szelestu. Chodziłam teraz po górach, pokorna i cicha, oddając ducha mego ich samotności potężnej, i chodziłam po lasach, tęskna i marząca, nie wiedząc, jakby zabrać ten skarb ukojenia, który mi dawała ich cisza.

Aż naraz — pękły te gniewy i kwasy, i deszcz się puścił rzewny, szlochający; zaszumiały drzewa i jary, a tak rozstawaliśmy się we łzach.

W wigilię odjazdu mego przyszedł do mnie Hans Peter. Zaturbowany był jakiś, żółty, zmęczony.