Więc dziś zadumałam się bardzo, widząc, że w tej Wenecji białej ludzie w sklepach stoją, towar przedają168, sery gryzą, wodę noszą; a miasto nie jest miastem umarłym i w uciszeniu stojącym, i nietkniętym od potrącenia czasów.
A tak, pomiędzy myślami moimi a rzeczywistością stanął w pierwszej chwili ton jakiś sporny i rozdźwięk.
Kto by chciał opisywać ten plac, który Wenecji sercem jest, podejmowałby rzecz dawno już zrobioną.
Co do mnie, powiem tylko, że kiedym u północnego wejścia jego stanęła, wydał mi się ogromnym, a kościół o wiele dalszym niż był, a kampanila169 jego — bardzo skrzydlata i w niebo idąca, tak powietrze modre w oczach mi grało, a światło przyrzucało przestrzeni. Więc szłam, jakoby przez nawę wielkiej świątyni, tłumiąc kroki.
Ale kiedym po wielu godzinach w kościele przebytych, na stopniach jego stanęła z twarzą ku północy zwróconą, wydał mi się plac ten zagrodzonym nad miarę wolnego oddechu — i obstąpionym bez wyjścia — i dusznym.
Może to królewskość w Prokuracjach170 dysząca winną jest temu...
Z kościoła wychodzi się republiki pełnym.
Lwy tam jeszcze po marmurach ryczą, i pawie z piór strząsają gwiazdy sine, i miecz Morosiniego171 leży, a w kamiennym podsieniu słychać owo harde: non tibi, sed Pietro172, które klękającego przed papieżem bohatera na całą wysokość ludzką odprostowywa.
Wschód tchnie tutaj na wędrowca z porfirów swoich i mozaik starych, a każda kolumna ma swoje sny o palmach i niewolnicą jest na służbie zwycięzców stojącą.
Chrystusy o ciemnych twarzach patrzą z den złocistych obrazów, a proroki stare w majestacie siedzą, a duch lata pod sklepieniami, natężony w sobie i płonący bardzo.