Szereg pokręconych dachów, przejrzystych wieżyczek, glorietek i balkonów uderzył mnie przede wszystkim.
Uliczka była ciasna, patrzyło się w nią jak w studnię.
Do okna razem ze mną rzuciło się słońce, ogromne południowe słońce, które całą kulą na horyzont wybiega od razu i tkwi na nim jak rozpalony karbunkuł. A wnet też rozległo się wołanie: buone fighi! fighi! uva dolce! uva!167 — i gwar, i śmiechy, i stukot kroków pieszych. A ja — widząc to wszystko i szepcąc — uwierzyłam, że jestem w Wenecji.
Najpierwszym staraniem naszym były przesiedliny, a podczas kiedy gondola czarna odnosiła rzeczy nasze do hotelu Britania, wyszłam, aby mieć pod stopami marmury i być gołębich skrzydeł trzepotem nakrytą.
Jest coś dziwnego w tym uczuciu, jakim przenikniony jest wędrowiec, stając wpośród miasta, o którym słuchał kiedyś rzeczy niezwykłe i wyobrażał je sobie miastem w błękit rzuconym i niedosiężnym. A teraz przyszedł — i jest tu.
I przyniósł z sobą z ziemi dalekiej serce wykołysane zbóż jasnych szumem, i oczy, co za jaskółkami po kalenicach słomianych latały i upojone były sosnowych lasów zmierzchem.
Jest tu — i stoi — i patrzy — i myśli.
Dziwnego coś ma to w sobie, jakoby przymierzanie jawy do wyśnionych rzeczy.
Kiedyś, w dzieciństwie, a i później jeszcze, wszyscy wielcy ludzie wydawali mi się jako już umarli, a wszystkie miejsca przeszłości pełne jako kamienne groby, a wszystkie rzeczy bohaterskiej miary jako minione.
Było im z tym w myślach moich dostojniej.