Konduktor krzyknął: Treviso! Ale z podróżnych nikt tu nie wysiadał, a tak zostało za nami to miasto senne, z wyciągniętymi na noc czarnymi ramionami, złotą kopułą świateł swych nakryte.
Do Conegliano lecieliśmy w trzasku, w iskrach i w dymie, aby tam usłyszeć owo niechybne: partenza166 i rzucić się dalej — ku Mestre.
A w Mestre czuć już w powietrzu wilgotne tchy... więc serce mocniej bije i uczy się mówić: Wenecja...
Zapach oliwy na stacji kędyś przepada, podróżny wychyla się w zmierzchy i patrzy na rozlewiska one dziwne, rzucone niby tarcze srebrne przez morze, co tu niegdyś z ziemią walczyło. Przez rozlewiska te puszcza się wiadukt potężny, tęczą z żelaza i z granitu. Po nim, w grzmiących tętentach dolatujemy do dworca.
Mam ochotę być wspaniałomyślną i nie opisywać pierwszej mojej nocy weneckiej.
A jednak, zdaje mi się, że dotąd widzę tę bramę dantejską, którą nam po długim kołataniu otworzył rozebrany w trzech czwartych odźwierny, i słyszę zgrzyt tych schodów, prowadzących „w miasto utrapienia”.
Na ostatnim ich stopniu otwarły się drzwi skryte, aby nas wpuścić do pokoju, o którym niepodobna mi stanowczo twierdzić, czy był muzeum starożytności czy też gabinetem zoologicznym.
Błękitne jego tapety w wielkie różowe kwiaty były miejscem najhaniebniejszych zasadzek na spokój podróżnych, a białe, niewinne kołdry pokrywały plac rozpaczliwych walk, staczanych bez nadziei zwycięstwa, a nawet bez chwały.
Śniło mi się właśnie, że Wielki Inkwizytor, owinięty błękitnym płaszczem w krwawe róże, rozkazuje rzucić się na mnie stu tysiącom zgłodniałych tygrysów, za to, że ośmieliłam się powiedzieć, iż mnich jest także człowiekiem, kiedy potężny głos dzwona uderzył w powietrze i obudził ziemię i morze.
Zerwałam się z łóżka, na którym ostateczne tylko znużenie utrzymać mnie mogło i pobiegłam do okna.