— I cóż? — zapytałam ciekawie.
— A cóż! Ożeniłem się, dostałem bydła sztuk sześć, nie licząc żony.
— I jesteście szczęśliwi?
— Ha! Lasem wicher tłucze, a człowiekiem dola; a ile gór widać na lewo i na prawo, każda ma czas swój taki, że we mgłach stoi.
Umilkł, poszedł dalej z głową schyloną, stukając po kamienistej ścieżce drewnianą podeszwą grubych swoich, podkutych dokoła trzewików.
Trzewiki takie, tkwiące na długich, zielonych pończochach, stanowią podstawę górala, podstawę — o ile sądzić mi wolno — daleko pewniejszą od tej, na jakiej wspierają się niektóre systemata15 filozoficzne, niektóre potęgi i niektóre — nadzieje.
Szczyt górala stanowi — kapelusz.
Jest to ów znany od czasów Tella16, pełny fantazji kapelusz, opięty zieloną taśmą jak Kateberg świerkami; kapelusz bujny, z zatkniętym z tyłu kwiatkiem albo pawim piórkiem, co to od niego wichrzą się w głowach marzenia swobody i nieograniczonego prawa postawienia stopy tam, gdzie człowiek wedrzeć się potrafi.
Kapelusze takie i takie głowy widziano nieraz na wysokich szczytach.
Kiedy kapelusz taki pojawi się w górach, biada kozicom, gdzie między kosodrzewiną błyśnie jego pawie oczko! Ono sprzymierza się na ich zgubę z przenikliwym spojrzeniem strzelca; iskrzy się, obraca i mruży w słońcu jak żywa źrenica, i rzuca urok przerażenia na smukłą giemzę, co wbiwszy wszystkie cztery nogi w kamień nad przepaścią wiszący, wymierza wielkim, drżącym okiem skok swój śmiertelny.