Najpobożniejsza wzdycha albo ziewa.

Wtem organ się ozwał i zabrzmiały śpiewy. Wszystkie głowy zwracają się do chóru. O mszy zapomniano prawie. Piękny marynarz, w pośrodku nawy stojący, nuci półgłosem, a ksiądz, który w tej chwili wyciąga ręce nad ludem, plecy tylko wiernych spostrzega.

Muzyka piękna, ale zbyt teatralna; ani prostoty w niej nie ma, ani głębi. Poznajesz motywy w operach kiedyś słyszane.

To arie, nie hymny.

Nie, nie mogłabym przy tej muzyce upaść na kolana i wołać: „Boże, zmiłuj się nad nami!”.

Naraz uciszyło się w kościele — ulubiony tenor śpiewa Credo.

Dziwnego w tej chwili doznałam wrażenia.

Gdzie taka świątynia, gdzie taka ofiara, przy której by ludy wszystkie stanęły i wyrzekły: „wierzę”.

Przemienioną byłaby ziemia po nabożeństwie takim, lecz teraz wiarę narodów w duchów obcowanie, w wielkie zmartwychwstanie, obwieszczają światu tenory.

Z zadumaniem i goryczą opuściłam kościół ten i stałam w przysionku jego długo, z myślą wytężoną jak harfa, której struny przyciągnięto — aż do pęknięcia.