A tak — odeszłam cicha, odciskając ślad stopy na mokrym piasku, aby fala, gdy przyjdzie, mogła coś zabrać ze mnie.
Gwar życia kąpielowego nierychło mnie ocucił w powrocie. A już brzeg morski rozkwitł tu był177 jakoby wodnych tulipanów mnóstwem, które w kolorach swoich pod słońcem stały i chyliły się, i mieszały z wodą — i nikły — i znów wytryskiwały w oddali jak fontanny tęczowe.
Gdybym gustu do mitologii nie zgubiła kiedyś z kretesem, czytając klasyków naszych, powiedziałabym, że były to oceanidy albo nimfy wodne, lecz teraz muszę się wyrzec tej pięknej nazwy i po prostu przyznać, że to były pływaczki kąpiące się w morzu.
Jedne z nich, zarzuciwszy na sznur wyciągnięty nagie swoje ramiona, dały się unosić wód biegowi jako nenufary mdlejące, główką w tył przechyloną dotykając fali.
Inne — rzucały się do pływania namiętne, gwałtowne, a przezroczysta wód gaza zdradzała ich gibkie wygięcia i ruchy zuchwałe — i rozsuwała się przed wzdętą piersią — i zamykała za pluśnięciem stóp drobnych.
Jeszcze inne — stały w miejscach płytkich, skulone, nieradne, nieumiejące zapragnąć wzruszeń szerokiej przestrzeni i swobody. Plecami odwracały się one od nadbiegającej fali i — widocznie — za wielkim było dla nich morze.
Kobiety to, co z każdej głębiny życia umieją zrobić sadzawkę zielonym mułem zarosłą, gdzie się pluszczą kaczki.
Temperament jest tu zdrajcą, chwytającym niespodzianie na ostatnim stopniu drabinki z kabin wiodącej. Podstrzega178 i wydaje jako mówiące zwierciadło.
Patrz, oto jedna z pływaczek zstępuje do wody z wolna, świecąc różową nagością wahającej się stopy w sandałku z kukurydzowego łyka.
Zasłania się ona rękoma, iż słońce patrzy na nią; włosy jej, zwinięte wysoko, odkrywają piękny łuk pochylonej szyi, wzrok z natężeniem na wodę zwrócony, uśmiech zalęknienia na ustach.