Po prawej i po lewej stronie stały dwa oddziały wojska, przy nich kręcili się młodzi oficerowie, podobni do żuków wiosennych, tak byli lśniący, tęczowi, szumiącymi szarfami skrzydlaci.

Na czele każdej sekcji dobosze i od złota kapiący trębacze, z piersią wysoko nabraną tchem mocnym.

Pomiędzy jednym oddziałem a drugim, przechadzała się starszyzna wojskowa. Byli to piękni, siwi wojacy, którym w czterdziestym ósmym roku inaczej podobno niż dziś serce biło; a teraz chodzą z głową spuszczoną ku ziemi, a na ustach ich błąkają się melancholiczne uśmiechy.

Dziwna rzecz, nie dostrzegłam w publiczności żadnego zapału.

Trochę ciekawości w spojrzeniach, trochę ironii na twarzach, oto wszystko. Półsłówka latają jak chrząszcze złośliwe; mężczyźni szepczą, kobiety śmieją się i wzdychają na przemian.

Żandarm nawet, co w czarnym kasku swoim z pływającym piórem ma być stróżem porządku i lojalności — trąca łokciem sąsiada i kiwa dwuznacznie głową albo przechyla się przez ramię, żeby do ogólnej gawędki dorzucić dowcip lub uśmieszek, który tronu nie obali wprawdzie, ale świadczy, że królewskość nie zapuściła na lagunach głębokich korzeni.

Tu królem, po staremu, jest jeszcze zawsze — morze.

Pod jego to wóz srebrny zrywa się z frontonu św. Marka potężna kwadryga, z rozpuszczonymi na cztery wichry grzywami; jego to znak ten lew skrzydlaty, piastujący miecz i ewangeliczną księgę. Kiedy się ten król ruszy — ruszą się za nim Wenetów189 serca.

A teraz ci widzowie królewskich wjazdów uśmiechają się tylko z leciuchnym190 ściągnięciem ramion.

Na kanale tymczasem rośnie gwar i ruch.