„Z daleka” — oto punkt widzenia właściwy tu zawsze i wszędzie. „Z daleka” patrz na Ca-d’oro, na fiorinę, na gondolę.
Inaczej — pałac wyda ci się ruderą, kobietą niedomytą, gondola odrapaną, a tkliwy śpiewak serenady pod balkonem twego hotelu — fakinem185, pocącym się oliwą.
Są libertyni podciągający nawet municypalność186 tutejszą pod kategorię rzeczy, którym się nie należy przypatrywać „z bliska”. Ile w tym jest złośliwego wymysłu, sprawdzić nie miałam czasu. Municypalność jednak widziałam, i to w pełnym komplecie.
Okoliczność była wyjątkowa.
Do dobrego miasta Wenecji miała przybyć królowa Małgorzata187. Przygotowań wielkich nie robiono wprawdzie, ale — iż dzień był świąteczny — tłumy pogarnęły się ku dworcowi.
Wielki kanał rozdzielił widzów na dwie części.
Jedna z nich poruszała się jak pstry gobelin na tle szerokich wschodów i kolumn świętego Symeona Piccolo, druga zajęła peron, grupując się u obu stron wejścia.
Było już trochę ścisku i gwaru, kiedym się tam znalazła.
Rzekłam więc do pierwszego z brzegu mężczyzny: zróbcie mi miejsce, signore!, chciałabym zobaczyć waszą piękną królową.
Uśmiechnął się mój Włoch, coś nie coś do diabła podobny, zakrzątnął się, zagadał, jednego pchnął, drugiego szturchnął, i tak — za tante grazie188 — dostałam miejsce tuż przy drzwiach, którymi królowa Małgorzata schodzić miała do gondoli swojej.